2014 - Chorwacja

dziękujemy wszystkim czytelnikom... mamy nadzieję, że przy następnych wyjazdach też będziecie z nami :)


przejechana trasa: przejechana trasa wyjazdu, w linku... i w print screenie:



2014.09.25-26

rano na kwaterze nad Dunajem kolejny problem zdrowotny... tym razem u Moniki - efekt 2,5 tygodnia w samochodzie a w efekcie kontuzja obręczy barkowej.
postanowiliśmy, że mocno usztywniamy moje kopyto i drzemy jednym rzutem do Polski.
Budapeszt nas jednak nie polubił... :(

rano ostatnie zakupy, pakowanie i wyruszamy w drogę po godzinie 14 - przed nami minimum 11 godzin drogi do domu (ponad 700 kilometrów).
podróż nieciekawa - nie ze względu na widoki, bo te są piękne... - a każdy to przyzna, kto jechał kilkanaście godzin jednym ciągiem z dwoma osobami kontuzjowanymi i nieszczególnie się czującymi "na pokładzie" (z czego jedna osoba to kierowca) i kilkulatkiem...

dojechaliśmy do domu o 3:26 rano. masakra... ale pomimo niemiłej końcówki, podróż udana nadzwyczaj...


2014.09.24

powrót... zahaczyliśmy o Budapeszt. piękne miasto, ale mam wrażenie jakby nas nie lubiło.
nie mogliśmy znaleźć restauracji, za to na każdym kroku "potykaliśmy się" o warsztaty, salony, komisy, sklepy i zakłady związane z samochodami.
jakaś masakra... fitness można napisać tak żeby średnio rozgarnięty europejczyk mógł się zorientować o co chodzi.
ale restauracja, gospoda i generalnie żarciodajnia? to chyba już przekracza możliwości węgierskich restauratorów...

2014.09.22-23

dzień przerwy i powracam :)

22.09

wczoraj (22.09) niewiele się działo dojechaliśmy z Omis do Plitvickich Jezior i... dupa... ja nie mogę łazić, a pogoda FATALNA.
jeszcze giczoła stwierdziła, że 4 godziny w samochodzie, to jednak za długo, a - do kompletu - wieczorem temperatura spadła poniżej +10 stopni Celsjusza i zaczęło padać. to znaczy najpierw padać... bo potem to już lało...

23.09

rano 23.09 ("prawie" rano - koło 14:00) spadliśmy dalej.
po drodze zrobiłem z drogi kilka fotek - tu naprawdę warto przyjechać jak się jest w Chorwacji i przejść tym (ponoć 3-y godzinnym) szlakiem.


Co do samego rejonu Plitwickich Jezior, to absolutnie nie przypomina on nadmorskiej części Chorwacji.
podstawowe różnice, to oczywiście:
roślinność - brak palm, cytrusów, figowców i roślinności południowej, natomiast pojawiają się drzewa liściaste znane nam z Polski.
geografia - zniknęły góry... cholera. nie spodziewałem się, że tak mi będzie brakowało tych skałek... w ich miejsce łagodne pagórki, nie przymierzając jak z okolic Krakowa...
zabudowania - zupełnie inny charakter domów, gospodarstw i wypielęgnowania terenu. to co jest tu, przypomina bardziej moje wyobrażenie o okolicach pogórza alpejskiego czy Tyrolu, niż Chorwacji.
brak kamiennej zabudowy, kamiennych dachów zrobionych z płyt skamieniałych iłów a domki w większości o otynkowanej na biało podmórówce (wysoki parter) + drewniane piętro lub dwa.
i jakoś tak czyściej, schludniej i... nudniej... tak bardziej po niemiecku...
dużo opuszczonych domów. nie wiemy czy to po wiosennych powodziach i osuwiskach, czy ślady niedawnej (relatywnie) wojny jak w Bośni i Hercegowinie.

wieczorem przekroczyliśmy granicę z Węgrami i wylądowaliśmy w miejscowości o wdzięcznej nazwie Nagykanizsa, w hotelu prowadzonym przez gościa o imieniu László - no bo przecież jakżeby inaczej... :)
niespodzianka ogromna, bo gość mówi po polsku super, można z nim pogadać, napić się piwa czy palinki... super facet i ze sporym łbem, a polski zna - ma żonę polkę...
co do miasta - bardzo ładne, schludne i zupełnie niezrozumiałe. wrrrrrrrr... tu się nie rozumie absolutnie NIC.
masakra...
reszta jutro - dziś już padam na ryja. strasznie wyczerpuje taka droga w ulewę i usilna niemożność zrozumienia wszystkiego, co jest napisane gdziekolwiek...

2014.09.21

Omis. czyli prom ze Stari Gradu do Splitu i 45 kilometrów drogi na południe w stronę riviery makarskiej. podróż promem jak zwykle po Adriatyku - oszałamiająca...

a ja? ja pierwszy raz od dawna jechałem jak wyluzowany pasażer... z piwkiem w jednym reku i włączonym dyrektorskim palcem w drugiej... :)
jednak rekonwalescencja ma swoje dobre strony... :))
Antek z Moniką teraz szaleją w dinoparku. to znaczy Antek szaleje a Monika - jak znam życie - gania za nim z wywieszonym ozorem.
a ja przy kawce (i nie tylko..., ale ustawa o wychowaniu w trzeźwości zabrania pisania szczegółów) piszę bloga.
wczoraj cisza i spokój, dziś cisza i spokój... no normalnie pełen luzik... :)
kopyto nawet nie boli za bardzo i jutro spróbuję już trochę pojechać... może jednak uda się zaliczyć Plitvickie Jeziora - tak czy inaczej są po drodze do domu.

reminiscencje

jakoś tak mi się zebrało.
Chorwacja to piękny kraj... ale nie wyobrażam sobie przyjechania tu ze zorganizowaną wycieczką... nie ma wtedy szansy na poznanie ludzi, na spokojne posiedzenie wieczorami w knajpce (najlepiej takiej, gdzie nie ma wczasowiczów - a przy odrobinie chęci można taka znaleźć, choć pewnie nie w sezonie)
Chorwaci - przesympatyczni. jednak widać na każdym kroku wśród normalnych ludzi, że do naszej średniej w zarobkach sporo im brakuje.
starsi ludzie często zbierają plastiki i oddają je do skupu, ale jako naród są tak dumni, że nie widać żadnych  -ale to żadnych - żebrzących... zupełnie inaczej niż w Bośni i Hercegowinie, gdzie bieda jest większa i zdarza się wyciągnięta ręka u starszej kobiety i błagalny, pełen zawstydzenia uśmiech.
jednak nie widać młodych żebraków... też bardzo dumny naród.
jestem pełen podziwu dla nich, że relatywnie niedługo po wojnie a już potrafią się śmiać...

ale - wracamy do Chorwacji.
przemili (każdy na ulicy chętnie pomoże, wskaże drogę, wytłumaczy, pokieruje), właściciele kwater w których byliśmy (poza jednym wyjątkiem w Trpanj) też nad wyraz uczynni, często witają karafką wina lub kielichem/kielichami rakii, można korzystać z prywatnych pralek, czajników, etc.
ale trzeba mimo wszystko uważać. czasem deklarowane wyposażenie w pokoju nie zgadza się z deklarowanym, czasem brak sztućców, czasem jest troszkę mniej miło - ale... coś za coś. nie płaciliśmy za pokoje po 100 Euro, tylko po 30-35.
ogólne wrażenie - super.

2014.09.20

dziś spokój. siedzenie w domu, cisza i spokój (bo Antek z Moniką pojechali do Hvar).
o jejku... jaki spokój...
ze względu na pogodę, jutro pakujemy się do samochodu i Monika wiezie nas do Omis. powoli będziemy się kierowali w stronę domu.

uzupełnienie informacji o starogreckim podziale ziemi w Starim Gradzie:
"Od lipca 2008 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO znalazło się Starigradsko polje. 
W uzasadnieniu mowa jest o tym, że tamtejsze uprawy winogron i oliwek praktycznie nie zmieniły się od pierwszej kolonizacji greckiej i są jedynym w swoim rodzaju świadectwem geometrycznego podziału ziemi, stosowanego w starożytności.
W lecie roku 385 przed naszą erą z miasta Paros na wyspie o tej samej nazwie na Morzu Egejskim wysłano w kierunku zatoki Jońskiej, jak Grecy nazywali Adriatyk, grupę około stu rodzin, by tam założyły kolonię. Ich celem była wyspa Hvar, dawniej nazywana Fiteja, a ich przewodnikiem był Okist, którego zadaniem było między innymi wykonanie prawidłowego podziału ziemi dla osadników. Na środku pola, w miejscu skąd można wzrokiem objąć prawie całą równinę, zaznaczony został punkt wyjściowy – omfalos. Przy pomocy prostego przyrządu pomiarowego pole zostało zmierzone i podzielone na parcele wielkości od 1 do 5 stadiów (jednostka miary), co wynosiło około 180 - 900 metrów. 

Wykute są również kamienie graniczne z nazwiskami właścicieli, jednak taki podział nie spodobał się Ilirom mieszkającym na wyspach i lądzie, którzy w 384 roku przed naszą erą napadli na miasto. Grecy jednak zwyciężyli, co umożliwiło im zarządzanie całym polem satrigradskim, największą urodzajną równiną na wyspach Adriatyku. Kolonizatorzy wkrótce na swoich ziemiach, zaczęli wznosić budynki gospodarskie i mieszkalne. Te luksusowe pochodzą z czasów rzymskich; do tej pory odnaleziono pozostałości sześćdziesięciu z nich.
Starigradsko polje jest dziś najlepiej zachowanym antycznym – greckim krajobrazem w basenie Morza Śródziemnego
".

2014.09.19

dziś dzień reminiscencji... może dlatego, że o mało co a złamałbym nogę na chorwackiej ziemi (a właściwie kamieniach i skałkach)... polazłem jak dekiel w letnim obuwiu - z litości nad samym sobą nie będę pisał w jakim - a że Chorwacja to jedna wielka, śliczna, porośnięta niesamowitymi roślinami kupa kamieni, to i obuw nie wytrzymał i puścił, a kostka jak zapałeczka "wziuna" i trzasła...
dobrze, że nie mam pęcinek jak baletnica a raczej jak słoń, więc kość wytrzymała, natomiast więzadła czy ścięgna (weź tu Chorwata zrozum jak noga cię nap..rdala) się zepsuły.
noga na 3-y dni bez użytkowania (dobrze, że Monika jeździ trochę, to pojeździ z Antkiem po okolicy a ja się na balkonie pobyczę).
we wtorek mogę wsiąść za kierownicę, ale na nie dłużej niż 2-3 godziny dziennie... :(
to będzie długa droga do domu...

ale poza tym to dziś fajnie się zaczęło i fajnie było... choć do pewnego momentu...
pospaliśmy, popraliśmy, pojeździliśmy po Hvar, obejrzeliśmy starogrecki podział ziemski...

ciekawostki

do dziś, poletka a raczej winnice, gaje oliwne i owocowe są podzielone kamiennymi murkami, w dużej części zachowanymi od czasów starogreckich w proporcjach 1:5 stadiów (180:900 metrów). przeuroczo wygląda... zwłaszcza jak pomiędzy tymi murkami jest droga szutrowa... cudo...



drugą ciekawostką jest totalna obojątność, jaką mają Hvarczycy na zabytki... łaziliśmy wczoraj po ruinach domu rzymskiego (z opisu wynika, ze V w.p.n.e.), absolutnie nie zabezpieczonego.
można wynosić artefakty, kopać, szukać, gmerać, przenosić, niszczyć...
MASAKRA...





łaziliśmy po tych ruinach i aż płakać się chciało. inna sprawa, że dla nich ruiny, które mają 2.500 lat to normalka. część użytkowanych domów wcale nie jest o wiele młodsza, sądząc z konstrukcji i materiału... :)

reminiscencje - Mostar

pomimo wszystkiego co napisałem wczoraj a co jest jak najbardziej prawdą, ludzie tam się śmieją, cieszą, kochają, rodzą, kawiarenki i knajpki (w ilości o wiele większej niż w każdym z miast w Chorwacji) są pełne do późnych godzin nocnych
życie nie znosi pustki, toczy się dalej.
mam wrażenie, że dobrym mottem dla miast jak Mostar byłoby Queen'owskie "Show must go on"
nawet most odbudowali...


reminiscencje Dubrownik

nie dawało mi spokoju, że nie usłyszycie tej muzyki, która tak nas urzekła w Dubrowniku.
znalazłem tą kapelę - nazywają się Gadjo Manouche a poniżej znaleziony na YoyTube jeden z ich kawałków



2014.09.18

i znów bez fotek dziś (dodam później) - coś Stari Grad nie lubi mojego kompa...

nie mogę zrozumieć...
Mostar... miasto, które nieodparcie kojarzy mi się znaną z historii Warszawą... 21 lat po wojnie a nie trzeba szukać specjalnie śladów bratobójczych walk, znamion wojny.

 

 
na głównej ulicy Mostaru są zniszczone budynki, ślady kul i ostrzału artyleryjskiego a w tym wszystkim żyją normalni ludzie. może to oni, a może ich ojcowie czy synowie strzelali, byli pod ostrzałem, może to właśnie ich bliscy byli mordowanie i grzebani w grobach masowych, może to ich bliscy ginęli pod gruzami budynków, na miejscach których stoją teraz nowe, wspaniałe budowle.


nawet największe świętości i skarby (meczety XIII wieczne, most XV wieczny) nie ostały się w całości i legły w gruzach pod ostrzałem chorwackich czołgów...


a dopiero wczoraj jeszcze byliśmy w pięknej Chorwacji, której obywatele doprowadzili do ruiny Mostar za pomocą swoich czołgów i artylerii. też zwyczajni ludzie. też się śmieją, też płaczą, też się modlą...
nie mogę zrozumieć.
tyle setek lat wspólnego życia, wspólnych spraw, nadziei, losów, nieszczęść i szczęść małych i wielkich... przecież gdy w 1992 roku wybuchła wojna w Bośni i Hercegowinie, początkowo i Bośniacy i Chorwaci z Mostaru byli zjednoczeni we wspólnej walce przeciw oddziałom Serbów. Jednakże podsycane umiejętnie animozje religijne doprowadziły wkrótce do wybuchu bratobójczej, morderczej ponad rocznej wojny w wojnie.

a przecież tam był i jest największy stopień wymieszania kulturowego - miasto leży na skrzyżowaniu terenów zasiedlonych przez Muzułmanów, Chorwatów i Serbów. w Mostarze mieszkało circa 20 różnych grup etnicznych i Mostar pod tym względem uważany był za jedno z bardziej tolerancyjnych środowisk w Jugosławii.
nie mogę zrozumieć...
wczoraj w Pocitelj i dziś w Mostarze widzieliśmy ludzi w strojach muzułmańskich i europejskich żyjących, rozmawiających i robiących ze sobą interesy. czy jutro znów złapią za broń?
czemu?


nie mogę zrozumieć...
inaczej teraz patrzę na tych ludzi. inaczej myślę o fanatykach religijnych każdej narodowości i wyznania... cmentarze w Mostarze, ogromne pod względem wielkości i ilości... i daty na nagrobkach - na tych bez krzyży:
1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993, 1993...



nie rozumiem, bo... bo chyba nie mogę zrozumieć...

droga na Hvar, w większej części przeszła nam w milczeniu. na granicy miłe celniczki i Bośniaczka i Chorwatka, potem prom i serpentyny pokonywane w ciemności, na trasie do Stari Gradu.
a w pamięci postrzelane domy i
 nagrobki i czterdziesto- i pięćdziesięcioletni mężczyźni których na ulicach nie widać (bo i skąd, skoro praktycznie całe pokolenie Mostaru zostało wymordowane) i kobiety ubrane w khimar ze wzrokiem wbitym w chodniki i stary mężczyzna w meczecie siedzący na kamiennej ławce i palący tytoń i... i... i...
to był męczący dzień. zmuszający do myślenia...

2014.09.17

po wczorajszych emocjach - pewnie dla części z ludzi dość niezrozumiałych - dzisiejszy dzień przebiegł spokojnie. zwiedzanie Dubrownika, podróż do Mostaru przerwana na zobaczony w Bośni zamek w Pocitelj i skonsumowany tam cevap (zajebioza!!!) + wieczorowy spacer po Mostarze...
ale po kolei.
najpierw, prawie godzina szukania miejsca do parkowania przy starym mieście w Dubrowniku... masakra jakaś. druga połowa września, a turyści wcale o tym nie wiedza i uparcie przyjeżdżają :(

i to wszystkie możliwe nacje: od Japonii, Chin, USA, przez Niemcy, Rosję, Włochy, Austrię, Polskę a nawet Australię... cały przekrój... choć co prawda - mało czarnoskórych.
w końcu zaparkowaliśmy jakieś 700 metrów nad Dubrownicką starówką i kurcgalopkiem pognaliśmy w dół.
i znów - oczarowanie, fascynacja, bo widoki niesamowite...




po dostaniu się na starówkę, pozostało nam tylko wzdychanie i ślinotok. widok uzupełniony muzyką na żywo - jakaś kapela grała niesamowite standardy z lat 30-40 - razem to robiło takie wrażenie, że aż ciarki po plecach przechodziły... coś niesamowitego...





przechadzka po starówce Dubrownickiej dość szybko się skończyła, bo dziś jeszcze chcieliśmy dostać się do Mostaru w Bośni. co prawda tylko niecałe 150 km, ale nawigacja pokazywała prawie 3 godziny drogi (a w sumie, z postojem wyszło ponad 5...)
ale tak czy inaczej - Dubrownik, dla samych widoków i atmosfery polecam ZDECYDOWANIE, choć może jednak nie w sezonie...


droga do Mostaru została raptownie przerwana kolejnym zamkiem (później jak się okazało - otomańskim) w mieście Pocitelj. łaziliśmy po tym zamczysku - a właściwie warowni, a w mojej wyobraźni widziałem rycerzy, wojaków i pospolite ruszenie pnące się na skały, broczące z ran, krzyczące, łkające,śmierdzące strachem i paniką, bo jakiś dupek kazał iść na mury i nie było jak odmówić... i trzeba było zginąć w pocie, smrodzie i umęczeniu, żebyśmy my mogli przeczytać w podręcznikach dwa zdania o jakiejś bitwie.
fragment z Wikipedii: "Pierwsza osada powstała w okresie rzymskim. W późniejszym okresie swoją kryjówkę mieli tutaj piraci. W XV wieku cały ten teren znalazł się pod władzą króla Węgier Macieja Korwina, który przy pomocy Dubrownika odbudował dawne rzymskie fortyfikacje, tym razem przeciw Turkom. Już po kilkudziesięciu latach (w 1471) Turcy zdobyli te tereny i do XVIII wieku Počitelj z krótką przerwą znalazł się w granicach Wysokiej Porty. W tym czasie powiększono fortyfikacje (powstała m.in. wysoka wieża, tzw. Kula Gavran-kapetanovića).
Miejscowość została poważnie zniszczona w czasie wojny w Bośni, a wielu mieszkańców wymordowano. Najbardziej ucierpiał meczet Hadži-Alija - najpierw uszkodził go serbski ostrzał artyleryjski, następnie został wysadzony przez wojsko chorwackie. Zawaliła się kopuła oraz minaret. Inne obiekty także ucierpiały. Większość z nich w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku została zrekonstruowana."




po zjedzeniu rewelacyjnego cevapci w restauracyjce pod zamczyskiem - dalsza droga a w końcu: Mostar.
i tu miła (dla nas) historyjka: szukaliśmy kwatery na jedną noc (jutro chcemy jechać do Plitwickich Jezior lub na dwa dni znów na Hvar), byliśmy w 4 czy 5 "apartmani" i szok... ceny od 60 Euro za noc do 100... i wcale nie odwiedzaliśmy hoteli - a ichnie "apartmani" to nasze kwatery prywatne.
czemu szok? bo w Bośni jest mniej więcej o 1/3 taniej niż w Chorwacji... piwo zamiast 20 Kuna kosztuje 12, obiad na 3 osoby zamiast 300 Kuna kosztuje 140... a hotele cholery, są o 100% droższe.
"deko" się załamaliśmy i szukaliśmy już pokoju, który znaleźliśmy na stronie booking.com, aż tu "napadła" nas jakaś kobitka, gdy staliśmy na światłach i zaciągnęła nas do pokoju - właściwie 3 pokoi (dwie sypialnie, living room z aneksem kuchennym, dwie łazienki...) za 30 Euro a i to jeszcze można było negocjować, ale już nie miałem sumienia.
potem spacer po Mostarze nocą. foty niewyraźne - obiektyw standardowy... :(






 i już na dziś - lulu.a jutro - chyba jednak Hvar... ;)

2014.09.16

miała być prosta trasa: Trpenj - Dubrovnik... swoją drogą - piękna trasa...


ale jak to zwykle bywa, życie pisze własne scenariusze.
najpierw przejazd przez absolutnie cudowne miasto Ston.
zatrzymaliśmy się na chwilę, bo zainteresowały nas jakieś kreski na tle góry...


po bliższemu przyjrzeniu, okazało się, że te "kreski" to mury obronne, przy których wszystkie znane mi (tzn. osobiście widziane) fortyfikacje to budowle z piasku...





musieliśmy tam poleźć oczywista.



okazało się jednak, że klapki na taką wspinaczkę się kiepsko nadają - grunt to dobra wymówka ;) - w związku z czym Monika z Antkiem (Antek lat 6 dla niewtajemniczonych a Monika nie mogła za nim nadążyć...) poleźli na samą górę, a ja statecznie pokłusowałem w dół do samochodu, po drodze robiąc zdjęcia nieziemskim miejscom...










dla wyjaśnienia:
Ston leży po jednej stronie góry, po drugiej stronie leży Mały Ston a obydwa połączone są fortyfikacjami.


Monika z Antkiem polazowali z Małego Ston do Ston a ja podjechałem po nich samochodem.

ciekawostka

w Ston jest dużo pustostanów. budynków, za które większość z nas dałaby się pokroić (XVII - XVIII wiek) a które sa w opłakanym stanie. nie strzymałem. spytałem miejscowego chłopaka o te pustostany i ich opłakany wygląd i okazało się, że w 1996 roku w Ston było spore trzesienie ziemi i wiele budynków legło w całości lub częściowo w gruzach a teraz nie ma komu ich odrestaurować - zgodnie z Chorwackimi zwyczajami budynki należą nawet do 50 rodzin (sic!) a jak sami Chorwaci mówią: gdzie 3 Chorwatów tam 4 zdania...

jak już żeśmy się odnaleźli po drugiej stronie góry i odpoczęli przy piwku (strasznie się zmachałem tą jazdą...) poszliśmy do samochodu z solennym zamiarem spokojnego dojechania do Dubrownika.
i to też nie było nam dane.
zobaczyliśmy dwoje młodych ludzi (autostopowicze z Niemiec), klęczących przed leżącym małym białym kotkiem, który cichutko miałkał i ogólnie wyglądał jak kupka nieszczęścia ze ślicznymi niebieskimi oczkami.
brudny jak nieboskie stworzenie, bez sił, odwodniony, nieszczęśliwy i śmierdzący kot miał złamaną tylną łapę a (jak się okazało) najbliższy weterynarz jest w - nomen omen - Dubrownik
(co to qrwa za kraj, w którym najbliższy weterynarz jest o 70 kilometrów?!).
kilka chwil zastanowienia się i szybka decyzja - bierzemy kota i wieziemy do weterynarza.
no i pojechaliśmy (o tej jeździe serpentynami można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była spokojna...) a po drodze zaczęliśmy myśleć - co my z tym kotem zrobimy?! i postanowiliśmy, że jeżeli weterynarz kota nie weźmie do adopcji dla kogoś znajomego, weźmiemy kota my - tam gdzie żrą trzy koty, czwarty też z głodu nie padnie. już nawet dostała imię: Stonka - małe toto, pewnie szkoduje a i miejsce pochodzenia będzie zapamiętane :)

dojechaliśmy do lecznicy i okazało się, że złamana kocia łapa to najmniejszy problem...
sepsa, odwodnienie, połamane żebra, pęknięta śledziona... kocisko po otrzymaniu 4 chyba zastrzyków i kilku doustnych (raczej dopyszcznych) środków zaczęło mieć konwulsje...
no i zgasła nam koteczka :((
jakoś teraz nie mam już ochoty na pobyt w Dubrowniku.
cholernie żal tej małej Stonki... 
:'(
nie robiłem jej fotki. była zbyt chora i biedna, ale wyglądałaby tak


2014.09.15

no i koniec lenistwa... dziś trasa:
Stari Grad - Sucuraj



Sucuraj - Drvenik (prom)


Drvenik - Ploce
Ploce - Trpanj (prom) - o qrde... jak cokolwiek może nazywać się TRPANJ?!!!! :)


jesteśmy już trochę zmęczeni podróżą... za nami prawie 2 tysiące kilometrów i coraz bardziej ciągnie nas, żeby kilka dni posiedzieć w jednym miejscu.

jeżeli tak się stanie, wrócimy na Hvar... to absolutnie magiczne miejsce jest.





2014.09.14

dzisiaj? lenistwo... miasto Hvar, plaża na wyspie Jerolim - jednej z wysepek Parmizana (na zdjęciu - ostatnia wysepka po prawej stronie)


gdzie (ku mojej oczywistej zgrozie) okazało się, że 3/4 wyspy to plaże nudystów...  - po prawdzie, zgroza wynikała być może stąd, że 95% plażowiczek to matuzalemowe matrony... :)))
po snurkowaniu, obiad w Hvar, spacer po starym mieście Starego Miasta (Stari Grod - Stare Miasto), powrót na kwaterę i degustacja słodkich win z winnic z gospody w Dol.
nuuuuuudaaaaaaa... ale ten jej rodzaj, który był mi potrzebny po tygodniu jazdy...
:)))





jutro opuszczamy Stari Grad - zakochani w wyspie Hvar i w ludziach tu żyjących i w ich rakii, po uszy... mam nadzieję, że to nie jedyny raz, kiedy tu gościmy.
jutro w planach kolejne dwie przeprawy promowe i Trpanj... :)

2014.09.13

przez kilka dni, nie będę zamieszczał zdjęć - fatalne łącze internetowe a i okazało się, że aparat szwankuje - a właściwie operator aparatu fotograficznego wykazuje się galopującym debilizmem... :/
obiecuję uzupełnić bo widoki przecudne.

pora pożegnać się z Trogir'em i Split'em i ruszać dalej. kolejnym celem jest wyspa Hvar. ponoć perełka na Adriatyku i bodajże największa wyspa Chorwacji.


zajechaliśmy zatem do Splitu, zaokrętowaliśmy się z samochodem na prom i hajda!



po dwóch godzinach podróży ukazał się przed nami Hvar. jeszcze piękniejszy niż sobie wyobrażaliśmy...
kwatera w Starim Gradzie (mieszkańcy dumnie obwieszczają, że to najstarsze miasto w Europie - co nie jest prawdą), który jest tak uroczy, że zakochaliśmy się z miejsca: w winnicach (choć nie tylko), których granice określają niskie kamienne murki, gajach oliwnych, figowcach, opuncjach, aloesach i domkach, kapliczkach, gospodarstwach, kościółkach i widokach...



 zameldowaliśmy się na kwaterze i po rozmowie z sympatyczną właścicielką udaliśmy się na (no jakże by inaczej) - na obiad do polecanej przez nią rodzinnej gospody w miasteczku Dol.
jechaliśmy z pewnymi obawami, po informacji, że prowadzi tą gospodę siostra właścicielki. no cóż - "no risk - no fun"
gospoda jest prowadzona przez rodzinę Chorwacką a główną rolę spełnia tam... 15-to latek (sic!)


 kucharzy, kelneruje, rozlicza, zbiera kasę a nawet degustuje wino razem z ojcem.
coś niesamowitego.
jedzenie bardzo dobre, ale bezdyskusyjnie powalający jest zasób wyrobów domowych, które są na sprzedaż. od oliwy, przez wina czerwone i białe, brandy/rakiję (znaczy bimber - sama poezja), sery, ekstrakty z lawendy i innych "śmierdziuchów", owoce i co tylko da się w takim gospodarstwie wytworzyć
rakija - pewnie, że o niej napiszę osobno :)))) - jest w 7 odmianach:
figowa (ambrozja), winogronowa, ziołowa, śliwkowa - sie ma Śliweczki! :)), miodowa, z cytrusów i z czegoś co nie wiem co to jest, a wysuszony owoc tego czegoś, przypominający strączek fasoli, smakuje trochę jak czekolada...


co ciekawe i niespotykane (poza obsługą):
- każdy produkt można spróbować, przy czym miarka próbki rakii może powalić nawet słonia - leją po połowie szklanki. (nie wierzę, że normalny człowiek, po wypiciu 6 czy 7 takich porcji domowego bimbru będzie w stanie równo pójść do samochodu)
- w karcie alkoholi są podane miarki, jakie nalewają gościom. i są skromne (30ml) natomiast kelner - znaczy 15-sto latek pod czujnym spojrzeniem ojca - nalewa połowę "łyskaczówki". masakra... choć pyszna masakra :)))
rzecz jasna nabyliśmy szereg produktów (i teraz chlupocze nam w bagażniku) i upewniliśmy się, że jak prześlemy ludziom kasę - wyślą nam chlupoczący towar do Polski - oczywiście, że mowa tu o oliwie i ekstraktach z różnych "śmierdziuchów" :)))
atmosfery w gospodzie dodawały osiołki, które chyba przeżywają swój okres ciągot seksualnych, bo jeden z nich (chyba chłopczyk) niemiłosiernie darł ryja co jakiś czas.
trąby jerychońskie mogłyby się szkolić u tego osiołka...
:)))

reszta dnia?
spacer po nabrzeżu, posiedzenie na ławeczkach w cieniu akacji i innej zieleniny, kąpiel w zatoce i do pokoju.

2014.09.12

no i Split "się stał"... ufff... mimo ostrzeżeń pogodowych, dziś pogoda bajeczna. Słońce, trochę chmur, cieplutko a dopiero teraz (19:19), jak wrócilismy do domu, trochę zaczęło kropić.
Split jest zwyczajnym miastem. jakimś centrum administracyjno-przemysłowym. blokowiska, blokowiska, fabryki, markety, lotnisko, etc.
o tym wszystkim się jednak nie chce pamiętać, jak jedzie się nad morzem i widzi się pałace z XV wieku, kończące się nad samym morzem...




natomiast o tym, że Split jest zwykłym miastem zapomina się, wchodząc do Pałacu Dioklecjana...








wiąże się z nim niesamowita historia...
Dioklecjan jako Cezar, abdykując ze swojego stanowiska, osiadł w wybudowanym wcześniej pałacu, w wiosce Split... i umarł - co zdarza się raczej nagminnie.
jakiś czas potem, barbarzyńcy, którzy najechali pobliskie miasta spowodowali, iż miejscowa ludność uciekła do warownego pałacu Dioklecjana. z czasem, ludzie ci osiedlili się w tym pałacu i zbudowali miasto na terenie pałacu. budynki stały się "dzielnicami", korytarze "ulicami", a poszczególne komnaty "domami". do dziś na terenie pałacu mieszkają ludzie (koło 3.000 osób), a mieszkania na terenie tego Pałacu należą do najdroższych w mieście (jeżeli nie w Chorwacji).
7 cud świata...



 przytoczę za stroną Pałac Dioklecjana :
"Gdzie ten pałac?" - pytają niektórzy po dotarciu na Starówkę w Splicie. Rezydencja cesarza Dioklecjana jest tak duża, że... jej nie widać. A w dodatku to, co z niej pozostało, częściowo zasłania nowsza zabudowa. Całość bardziej sprawia wrażenie średniowiecznego miasta z antycznymi pozostałościami, otoczonego przez mury obronne, niż pałacu. Wystarczy powiedzieć, że w obrębie pałacowych murów stoi dziś 220 budynków (głównie z XVIII w.), w których mieszka ok. 3 tys. ludzi.
Rezydencję Dioklecjana wznoszono w latach 295-305. Cesarz nie liczył się zbytnio z kosztami, sprowadzając marmury z wyspy Brac, Włoch i Grecji oraz stare kolumny i sfinksy z Egiptu. Powstała prostokątna budowla o imponujących rozmiarach 215 na 181 m, z murami obronnymi o wysokości dochodzącej do 26 m i 2 m grubości, o 16 basztach. Nie myślano wtedy o budowie podobnych umocnień od strony morza, nie było bowiem jeszcze promenady, a mury obmywały fale. Do pałacu wchodziło się przez cztery bramy: Złotą, Srebrną, Brązową i Żelazną. Wnętrze podzielono na cztery sektory, między którymi przebiegały dwa prostopadłe trakty komunikacyjne: Decumanus (równoległa do wybrzeża) i Cardo. 

Północną część rezydencji zajmowała służba i straże, cesarz miał apartamenty z widokiem na morze.

i śmieszna historyjka...
gdy dojechaliśmy na parking przed Pałacem, okazało się, że ktoś kręci w nim film kostiumowy, więc cały parking jest zajęty przez ekipę filmową a wjazd zabezpieczony przez miejscową policję.
grzecznie więc spytałem policjanta
- which way I can get to parking
w odpowiedzi zobaczyłem niedbały gest, wskazujący mi pobliską uliczkę, równoległą do parkingu.
jestem grzecznym obywatelem i turystą, więc podziękowałem i udałem się wskazaną drogą.
ku mojemu niebotycznemu zdziwieniu okazało się, że droga jest jednokierunkowa (przeciwnie do ruchu mojego pojazdu), posiada zakaz wjazdu, zakaz ruchu i szlaban...
skoczył mi gul.
zawróciłem (20 metrów od policji), łamiąc zakaz skrętu, ciągłą linię i zakaz ruchu w danym kierunku i podjechałem ku zmartwiałym przez taką bezczelność policjantom i grzecznie mówię:
- I can't go this way... I don't wan't brake the rules (sic!)
policjant z pobielałą (nie wiedzieć czemu) twarzą rzekłbył:
- when the Police Officer (bardzo wyraźnie było słychać te duże litery...) told you "brake the rules" you have to do it!
i znów, grzecznie podziękowałem, przekroczyłem ciągłą linię, złamałem zakaz skrętu, zakaz wjazdu i zakazu ruchu, szlaban ledwo się zdążył otworzyć (i dzięki Bogu, bo nie wiem jakbym zahamował...) i dumnie wjechałem na... pirs przy którym cumują statki wycieczkowe. stanąłem prawie że na środku i poleźliśmy oglądać 7 cud świata...

jeszcze jedna rzecz. powinienem napoisać to na samym początku, ale jakoś "umkło"... cała Chorwacja to jedna wielka skała i kupa kamieni.
w Splicie, robiąc zakupy zobaczyłem "przeciętą" wykopem jakąś górkę za którą każdy polski geolog dałby się żywcem pokroić.



tutaj, to widoki nagminne - co nie znaczy, że mi spowszedniały. te warstwy skalne i samotne skały żywcem wycięte z westernów, to kolejne cuda...



2014.09.11

całą noc lało - początek bez zmian :)
ale dalej - dalej, to już dla nas, dla mnie cuda za cudem...
mieszkamy w fajnym domu.
skromny pokój bez większych wygód (choć z łazienką), ale widoki... zatoka (czy też raczej cieśnina bo przecież Trogir jako twierdza morska, przez wiele dziesięcioleci należąca do Rzeczpospolitej Weneckiej leżała na wyspie a dopiero potem "rozpełzła się" na okoliczne lądy)


bezpośrednio przy tarasie rosnące figi, granaty, limonki i mandarynki - pierwszy raz jadłem (no dobra... żarłem) cytrusy z drzewa... mandarynki jeszcze zielone i kwaśne jak ocet siedmiu złodziei, ale z drzewa... :))))


bajkowe miejsce...
zwiedziliśmy starówkę, zjedliśmy rybę o nazwie nie do powtórzenia ale smacznej jak ambrozja a potem przyszła burza i taka pompa, że wszystkich wygoniła na kwatery :)))

na jutro, w planach Split. mamy nadzieję, że dojdzie do skutku. :)

2014.09.10

całą noc lało. w końcu jest czym oddychać i temperatura przyzwoita... dla mnie znaczy :))) tj. koło 20 stopni.
w planach dziś obejrzenie bazyliki Eufrazjusza i dojazd do Rogoznicy... ale leje cały czas... a bazylika i Eufrazjusz muszą poczekać.
łażenie po deszczu z 6-cio latkiem ma sens tylko wtedy, gdy czyimś marzeniem jest obcowanie z nieokiełznaną furią koniecznie muszącą wpaść w każdą kałużę i zamoczyć każdy kawałeczek osób towarzyszących... dziękuję. ja nie gustuję... :)
zatem? samochód i Rogo... otóż nie. kolejna zmiana. Trogir.
bliżej Splitu, ponoć rewelacyjna starówka, i urokliwe bardzo miejsce. zatem drzemy do Trogir'u.
a leje cały czas...
dojeżdżamy do Trogir'u, znajdujemy sobie pokoik i... zaczyna padać... :(
teraz jest 4:59 rano.
burza, deszcz, deszczysko, błyskawice, deszczyk, grzmoty, deszczunio, urwanie chmury, i tak na zmianę z krótkimi chwilami ciszy od 20:00
ale za to jest tu pięknie... pokój z balkonem wychodzącym w morze, które jest 50 m od domu, niesamowita zieleń, kwiaty, kolory... bajka.

2014.09.08 wieczór - 09 wieczór

dotarliśmy do Porec'a. masakra jakaś - na pierwszy rzut oka... mimo września, gdzie wszyscy mówią że ruch zamiera, robi się spokojnie i pustawo, miasto aż się gotuje. port zawalony "po sam dach", a miejsc parkingowych praktycznie zero.
zobaczymy jutro. na razie znaleźliśmy kwaterę, wcale nie tak tanio jak na wrzesień i ścina nas do snu.
rano - zupełnie inne miasto. pusto, cicho, widać wczasowicze o 8:00 śpią. morze puste, ulice puste a ta fajna "pustotliwość" mija po 11, gdy miasto wylega na plaże i na miasto.
a miasto - zwłaszcza stare miasto - REWELACJA





okolice Porec'a zresztą też - gaje oliwne, piękne drzewa i widoki...




drzewa oliwne budzą jakąś tęsknotę w duszy... zrywam oliwkę (zielona), z błogim uśmiechem rozgryzam... oszszszszsz.... cholera... jaka ścierwa gorzka!!!!!
tfu!
i cały nastrój prysł. zostały tylko piękne drzewa oliwne.
i znó kuchnia. knajpa na starym mieście i talerz ryb i owoców morza przed nami. poezja. nie obiad, tylko poezja...
a pogoda? nirwana dla "opalaczy"... 28 stopni, zero chmur, zero wiatru

2014.09.08 wieczór


Słowenia. jeden przystanek - kupić przyjacielowi wino, ponoć rdzennie słoweńskie, ale żaden Słoweniec o nim nie wiedział literalnie NIC :( i zjeść obiadokolację.
nie mogę odżałować, że zapamiętałem nazwy ani miasteczka ani "gościnnicy" (chyba "U SIMON'A) - jedzenie przepyszne, w otoczeniu Słoweńców,z przesympatycznym kelnerem który miał łapę większą w obwodzie niż moje udo a przy tym dało się z nim pogadać...
s te dania, chleb, ser którego używają do smarowania chleba... nie do opisania


pogoda dalej "brzytwa"...

2014.09.07 rano - 08 rano...


wyjazd. w końcu...
wsiedliśmy w auto i śmigamy. nasz Plan Podróży (jak każdy zresztą sensownie przemyślany i dopracowany) ma jedną cechę pewną - będzie na pewno ulegał zmianom wszelakim.
pierwszego dnia dojechaliśmy do miasta Mikulov (Czechy) i padliśmy po 14 godzinach jazdy.
a Mikulov to dziwne miasto... piękna starówka, rynek...



piękny pałac biskupi (przecudnie wpleciony w skałę wapienną), na terenie którego znajduje się synagoga (rzadko spotykane chyba...)




a jeszcze dziwniejsze i cudowniejsze jest to, że w tym mieście koty nie boją się ludzi - poranny spacer polegał na omijaniu na starym mieście wylegujących się kotów, kocurów i kociaków, które miały w głębokim poważaniu, że łazi koło nich człowiek i może je nadepnąć... pewne siebie łobuzy... - natomiast ludzie straszą kotami innych ludzi

:)
ładne miasto. godne obejrzenia.

z Mikolov'a ruszyliśmy do Wiednia a dojechawszy do niego nawet nie zjechaliśmy z autostrady... Zmiana Planu Podróży nr 1 - drzemy od razu na Chorwację, omijając Pragę, Graz, etc... przed nami resztka Austrii, Słowenia i trochę do przejechania w Chorwacji, żeby dotrzeć do Porec'a
i w końcu Porec. 22:05 i znów było kilkanaście godzin w drodze.
przez cały czas - pogoda marzenie. koło 26 stopni, niewiele chmur, łagodny wietrzyk... cudo.

2014.09.05


ze względu na to, że oddaliśmy Dziquna, trzeba będzie jechać osobówką. więc czeka nas więcej zwiedzania niż "szwendania się", ale też może być (i dołożę starań żeby było) fajnie :)
wyjeżdżamy pojutrze... a przynajmniej taki jest plan ;)
a droga z Dziqunem na lawecie sama w sobie to rzecz godna opowieści... 4 dni w drodze (od wtorku do piątku), z czego jedna noc przespana. w sumie za kierownicą 39 godzin.
straty były, ale przynajmniej fajnych ludzi poznałem :)

2014.09.02


zaplanowaliśmy trasę - wstępnie wygląda tak: 2014 Chorwacja - planujemy trochę pozwiedzać a potem się poszwendać... :)

2014.09.01


Dziqun jeszcze nie gotowy :(
jeszcze hamulce - podobno Niemcy bardzo na hamulce zwracają uwagę, a przecież muszę jechać do Niemiec, przejść przegląd techniczny i zarejestrować auto... - nie pisałem: Dziqun to "angol" (kierownica po prawej stronie) i nie da się w tym kraju wszelakiej szczęśliwości (Jaśnie Najświątobliwszej Polszcze) zarejestrować takiego auta...

w związku z tym - wyjazd się odsuwa... mam nadzieję, że już niedługo...

2014.08.29

przygotowania trwają.
Dziqun (nasz samochód) zdrowieje, przygotowuje się do przejścia niemieckich badań technicznych.
zakupy wyjazdowe się robią
przygotowania - jednym słowem - w toku :)

1 komentarz:

  1. To co CI smakowało jak czekolada to jak mówią Chorwaci ROGAC (CZ). Sam osobiście wrzucam rogacza do wódeczki i po dwóch tygodniach daj spróbować żonie.Pozdrawiam Waldek z Darłowa

    OdpowiedzUsuń