2015 - Gruzja i Armenia

Trasa - Gruzja

link do odwiedzonych miejsc (zarys): pierwszy etap podróży - Gruzja - ze względu na offroad, trasy są podane wyłącznie poglądowo.

lot.  cóż można napisać o locie... trzy godziny udręki jak położyć nogi, żeby uniknąć konieczności montażu dodatkowych kolan... na szczęści tylko trzy godziny.
lotnisko w Kutaisi malutkie, może ze dwa sklepiki, ichnie Służby Pograniczne i taksówkarze - jak na Okęciu - namolni i atakujący turystów.

Dzień 1 - 13.07

Zostaliśmy odebrani z lotniska przez Miłosza i Beatę (organizatorów wyjazdu czyli Przygody 4x4 - o nich będziecie mogli niedługo przeczytać w osobnym wpisie na blogu), wsiedliśmy do Landka (Discovery II) i pojechaliśmy na śniadanie (śniadanie... o 5 rano?!!!)
"nasz" pojazd - nie mam zdjęcia z lotniska, więc zamieszczam fotkę z pierwszego noclegu
okazało się, że pomysł i wybór lokalu (coś co się nazywa ELDEPO) był genialny.
jedliśmy chinkali. najlepsze jak do tej pory, a zgodnie z tym co mówią Miłosz i Beata, najlepsze w Gruzji - oczywiście spośród tych lokali, które oni poznali. 
dopisek na dzień 5.08 - faktycznie, nigdzie indziej takich dobrych chinkali nie jedliśmy...
Eldepo w całej okazałości... czynne 24/24
no i zaczęliśmy uczyć się Gruzji i Gruzinów, a jest czego się uczyć. zdecydowanie otwarte oczy i umysł, pozostawienie naszych, polskich standardów poza nami- pomaga. i to bardzo pomaga.
ludzie - zachowujący się niesamowicie otwarcie, przyjaźnie i głośno, strasznie wymieszani etnicznie i kulturowo. Gruzini, Ormianie, Azerowie, Turcy, Rosjanie, sporo Polaków, często można napotkać rysy mongoloidalne. i wszyscy miejscowi w kontaktach z nami uśmiechnięci, gościnni i uprzedzająco grzeczni. i powtarza się jak mantra czy to po angielsku czy po rosyjsku: Wy Paljaki? no balszoje Wam spasiba za Prezidienta Kaczynskowo... nabrałem tu trochę dystansu do własnych osądów.

wyjechaliśmy.
pierwsze wrażenia - "letko" ambiwalentne. miejsca co prawda w samochodzie dużo (to w końcu wyprawówka - lekko podniesione i wzmocnione zawiechy, prawie 300 kg na dachu) ale i pogoda do luftu (mżawki, mgły) a i rzucało nami "trochu", ale po kilkunastu kilometrach, zaczęliśmy się przyzwyczajać. i dotarły do nas widoki.
a Gruzja, to cudowności, cudeńka i cuda...
widok z miejsca pasażera. po prawej stronie - profesjonalna kierowniczka zamieszania Beata
postój - nabieramy wody ze strumyka.
nasz pojazd ma wbudowany 40 litrowy zbiornik na wodę wystarczało na wszystko włącznie z prysznicem.
mgła... czasem się czuliśmy jak podczas kręcenia horroru...
mgła pierwszego dnia był naszym stałym towarzyszem. przez większą część drogi
porosty na drzewach, sprawiały wrażenie, jakbyśmy jechali pośród przyglądających nam się wiekopomnych starców
mgła się w końcu podnosi... i okazuje się, że to nie mgłą tylko chmury... jechaliśmy w chmurach...
poza tym i Miłosz i Beata okazali się wspaniałymi towarzyszami podróży... dzielą się chętnie swoimi przeżyciami, doświadczeniami, opowiadają o miejscach które mijamy, o swoich przygodach.
wspaniali ludzie. w głównej mierze dzięki nim (no i oczywiście dzięki Gruzji) jesteśmy zachwyceni wyjazdem...
pierwsze zgrzyty - zabytki
niestety (co kraj, to obyczaj) w Gruzji jest maniera rekonstrukcji zabytków, których są tu nieprzeliczone ilości, za pomocą wszystkiego. jak się tylko da - z wykorzystaniem oryginalnych materiałów, a jak się nie da - w grę wchodzi wszystko inne: stal, beton, suporeks. :(
na szczęście, da się zrobić ujęcia bez widocznych "plomb" nowoczesnych materiałów
Katedra Bagrati - miejsce przecudnej urody. katedra wpisana na listę dziedzictwa UNESCO, do chwili zakończenia remontu... :(
stalowe słupy podporowe, drewniane (z wyglądy przynajmniej) dostawki do oryginalnych murów, betonowe uzupełnienia stropu, etc., zadecydowały o wykreśleniu tego miejsca z listy UNESCO.
a szkoda... to takie miejsce, gdzie siadasz w cieniu murów, opierasz się plecami i wygładzony kamień i czujesz całym sobą 1.000 lat trwania, historii i dziejów.
niestety w tym miejscu byłem jeszcze w sporze z własnym aparatem fotograficznym i fotek zabrakło. zresztą walka z aparatem trwała gdzieś do 20.07 (co czasem widać po jakości zdjęć), gdy Nikon ostatecznie odmówił współpracy...
wydaje mi się, że przypadkowe pół litra wody wlane do aparatu "pomogło" mu w ostatecznym blackoucie.
długi czas monastyr był jednym z głównych kulturalnych i intelektualnych ośrodków w Gruzji - była tu Akademia, która skupiała największych gruzińskich naukowców, teologów i filozofów. 
sklepienie... Michał Anioł - mam wrażenie - nie powstydziłby się tych fresków...
jeszcze tylko kolorowe witraże (przy okazji - nie zaobserwowałem ich tu nigdzie) i kolorystyka środka by zabijała.
miejsce pochówku króla Dawida "Budowniczego".
legenda głosi, ze był olbrzymem i faktycznie, jego nagrobek ma ponad 3 m długości...
po powrocie do Kutaisi (jakoś tak się porobiło, że przejeżdżaliśmy przez to miasto ze cztery razy chyba) i po zjedzeniu obiadu, pojechaliśmy szukać noclegu.
podróż - dla mnie ekstremalna... (jeszcze nie wiedziałem co to znaczy... ) - gdybym jechał swoim autem, parę razy stanąłbym już na nosie, nie mówiąc o urwanych kołach, zerwanej misce olejowej czy wydechu. 
Miłosz, ze stoickim spokojem uspakajał, że dla niego prawdziwy ekstrem zaczyna się wtedy, gdy pasażerowie z tylnych siedzeń, widzą przednie reflektory Landka przez szyberdach... 
qźwa... no to nie wiem, czy jako pasażer lubiłbym taki widok... ;)

nocleg. minąwszy przełęcz Zekari - niestety widoki żadne z powodu totalnej mgły i zachmurzenia - dojechaliśmy na miejsce biwaku. jesteśmy w Parku Narodowym Borjomi i rozbijamy namioty a potem kolacja. jest nas w ekipie 14 osób z 5 samochodami.
Darek z Grażyną - przyjechali swoim Defenderem. on - podróżnik. zjeździł całą Afrykę, Azję i sporo więcej, ona - pierwszy raz na takiej wyprawie. duży szacunek - ma lęk wysokości a wybrała się na przejazd off-roadowy, zaplanowany głównie po górach...
Waldek, Magda i Tomek - przyjechali "Dyskoteką II". Waldek lat 63 - śpi pod namiotem, turysta z zamiłowania, Magda i Tomek (synowa i syn Waldka) - podróżnicy. jeżdżą gdzie się da, kiedy się da i jak się da.
Józek, Mateusz i Piotrek - trzech wariatów z południowej Polski. pierwszy raz na takiej wyprawie i widać, że złapali bakcyla... przylecieli do Kutaisi, wynajęli samochód (Nissana Patrola) i śmigają aż miło. Józek i Mateusz - inżynierowie, architekci, Piotr (brat Mateusza) - Handlowiec. taki przez duże, duże "H". we trzech stworzyli zwariowany tercet, będący błyskawicznym spoiwem całej ekipy.
Grzegorz i Agnieszka - para, która poznała się kilka miesięcy temu (jak chłopaki: przylot do Kutaisi i wynajem auta. tym razem Toyota Land Cruiser). chyba ze względu na ciągłe rozmigdalenie, trzymali się nieco na uboczu ;)
no i my. też w "Dyskotece II": Beata, Miłosz, Monika i ja.
nasza kuchnia podróżna - pełen wypas...
po raz pierwszy od trzydziestu lat rozbijałem sobie namiot, byłem współorganizatorem (aczkolwiek trzeba przyznać, ze w niewielkim tylko stopniu) rozłożenia klamotów w środku tegoż namiotu, a i też dzielnie udawałem, że deszcz mi wcale nie przeszkadza.

Dzień 2 - 14.07

dziś był ogrom atrakcji... jazda, a w takim towarzystwie to zawsze atrakcja sama w sobie, twierdza Achalcyche, skalne miasto w Wardzi, zamek w Khertvisi, ruiny w Akalkhalaki i... step... wygasłe wulkany, pola lawy, nocleg nad jeziorem Paravani... i poza miasteczkami i wsiami - kilometry pustki...

twierdza Achalcyche - jedno z przepięknych miejsc, w których (jak się śmialiśmy) do rekonstrukcji użyto suporeksu.
na terenie twierdzy, poza założeniem i instalacjami obronnymi, znajdują się muzea, hotel, meczet, świątynia gruzińska. ogólne wrażenie jest niestety takie, że całość kompleksu jest zbyt wymakijażowana. zbyt grzeczna. zbyt nowoczesna. zbyt turystyczna... pewnie swoje robią wstawki rekonstrukcyjne oraz kawiarnie i hotel.
ekipa na parkingu
nimfa w ogrodach Achalcyche
widok Achalcyche ze szczytu wieży obronnej
z Achalcyche przejechaliśmy do Skalnego Miasta w Wardzi - z tym miejscem wiąże się niesamowita historia...
Skalne Miasto powstało (szacuje się, że XII w.) jako schronienie miejscowej ludności przed Persami. na co dzień mieszkało w nim do 2 tysięcy osób, a w chwili zagrożenia mogło się tam ukryć do 60.000 luda (sześćdziesięciu tysięcy).
były tam stajnie, obory, 13 kościołów, 25 piwnic na przechowywanie wina, spichlerze, biblioteki... łącznie ponad 120 odrębnych kompleksów wykutych jaskiń, z ponad 3.000 oddzielnych komnat.
żaden agresor nie wtargnął do Skalnego Miasta (wejściami były zakamuflowane i ukryte tunele a z zewnątrz nie było widać nic poza zboczem góry), do momentu, gdy w 1283 roku trzęsienie ziemi spowodowało runięcie 2/3 kompleksu. a nawet wtedy umocnienia i ukrycie były tak efektywne, że Skalne Miasto zostało zdobyte przez Persów dopiero w XIV wieku.
obecnie - to co widać (vide zdjęcia poniżej) - to jedynie 1/5 początkowego założenia obronnego.
ruiny Skalnego Miasta z perspektywy
wejście do jednego z wielu kościołów
wnętrze jednej z komnat - z przejściem do osobnego pomieszczenia
panorama Skalnego Miasta
złachany, zdyszany i umordowany "Pers Zdobywca".
cholernie gorąco było tego dnia i ten bój (znaczy wejście) był wykańczający... :)
twierdza w Khertvisi (powstanie - X wiek... u nas szczytem potęgi były wtedy ziemne wały skrzyniowe Poznania, Gniezna i Lednicy) i ruiny w Akalkhalaki ("młodzieniaszek" w porównaniu z innymi gruzińskimi twierdzami - XI-XII wiek...). te niestety tylko mijaliśmy, ale są to zabytki, przy których większość historyków obronności, archeologów i pasjonatów warowni, posikałaby się ze szczęścia.
Khertvisi
Akalkhalaki
przecudna droga prowadza wśród wygasłych wulkanów i spękanych, porośniętych łąkami i połoninami starych pól lawowych.
wydawało nam się, że w Chorwacji ziemia jest zakamieniona...
otóż nie. tu, w tej części Gruzji, pola lawowe o grubości do kilkuset metrów stale rodzą nowe odłamki bazaltu.
wygasły wulkan. jeden z wielu w tej okolicy.
z jednej strony dobrze, ze wygasł (bezpieczniej) a z drugiej strony - szkoda...
i w takich warunkach przyroda szokuje swoimi barwami...
po drodze minęliśmy kilka wiosek. to był straszny widok... u nas już chyba nie ma takich wsi. w połowie opuszczonych, przy każdym obejściu suszą się uformowane w kostki krowie odchody (podstawowy opał w tym rejonie)...
kawałek wsi Gruzińskiej...
wieś Ormian... prawie połowa domów to pustostany (nagminne zjawisko w całej Gruzji), straszące pustymi oczodołami powybijanych okien i powyrywanych drzwi...
ale przy zamieszkałych domach kręcą się uśmiechnięte dzieciaki.
te brykiety tak równo poukładane, to bydlęce odchody... miejscowi zbierają je, mieszają w ogromnych bajorach, suszą i dzielą na takie kosteczki gotowe do wrzucania do pieców. chyba nie widziałem tego poza Mc'chet'a...
wydaje się, ze poza hodowlą, to podstawowy dochód miejscowych...
psy miały nas generalnie w głębokim poważaniu...
ale ludzie uśmiechnięci, a na stokach wypasają wszystko co się da: krowy, owce, konie, świnie, osły.

krowy - nazwane przez Miłosza kaukaskimi antylopami - to osobna historia w Gruzji. są wszędzie. na drogach, mostach, w tunelach na przystankach autobusowych. leżą, łażą, pasą się, srają, muczą - maja wszystkich i wszystko w dupach.
nawet ukułem teorię, że jako mające pierwszeństwo ewolucyjne nad samochodami, uważają siebie za właścicielki dróg tolerujących tylko pojazdy mechaniczne...
z boku jednak wygląda to (wioski znaczy) dosyć siermiężnie... bardzo delikatnie mówiąc.
nic to. dojechaliśmy nad przecudne, wielkie jezioro Paravani i rozbiliśmy namioty.
to tylko chmura, ale pierwsze wrażenie było inne... dym z aktywnego wulkanu i wyobraźnia oszalała...
 
 
 
 
 
widoki z brzegu jeziora Parawani... obłęd. absolutny i cudowny obłęd....
ekipa "Przygody 4x4" w szale biwakowania...
poranne leniuchowanie. rzadkość, ale się zdarzało...
a po kolacji zaczęło padać - chyba tak dla podtrzymania tradycji ;)

Dzień 3 - 15.07

kierujemy się na Tbilisi - tam pierwszy hostelowy nocleg nas czeka, ale po drodze jeszcze kilka cudeniek:
lekcja geologii w naturze
większość obszaru Gruzji to góry i prawie wszędzie pięknie widać warstwy skalne, osadowe i nie tylko. coś pięknego...
(fotki Beaty z "Przygody 4x4")
monastyr Betania (nie wiem dlaczego nie ma odnośnika po polsku o tym cudeńku w Wikipedii) jest średniowiecznym gruzińskim klasztorem prawosławnym, oddalonym 16 km na południowy zachód od Tbilisi. powstał w czasach "Złotego Wieku" Królestwa Gruzji, zbudowany w XII i XIII wieku, słynie z obrazów ściennych przedstawiających ówczesnych gruzińskich monarchów.
ten monastyr to istne cudo. stare i chyba bardzo rzadko odwiedzane... miałem wrażenie, ze mnich który był wewnątrz najchętniej zakazałby nam - nowoczesnym, współczesnym, głośnym i ciekawskim - wejścia...
przepiękne freski, przepiękna architektura i cholerna droga dojazdowa, która nie przejedzie auto bez napędu 4x4
droga do monastyru Betania... jedna wielka masakra dla normalnego samochodu osobowego
 
 
 
 
 
 
 
przyjechaliśmy bardzo wczesnym popołudniem do hostelu w Tbilisi (dla odmiany - pada... choć nie - tym razem leje), gdzie po przepierce ciuchów i po obiedzie wjechaliśmy kolejką linową do prastarej twierdzy perskiej (ok. V wieku), skąd Persowie rządzili tym rejonem w wiekach od IV do IX.
 
 
niestety nie dało się wejść do środka... udostępniono tylko mury obronne - piękne i majestatyczne same w sobie...
do katedry Sioni z VI wieku niestety nie weszliśmy. tak strasznie lało, ze przesiedzieliśmy pół popołudnia w restauracji, jedząc - oczywiście - chinkali... :)
jedna z katedr w Tbilisi - to jest "toto" w centrum zdjęcia...
Tbilisi to miasto kontrastów - połączenie tradycji (cudowne zabytki, niestety w większości zdewastowane, rozpadające się stare, przepiękne domy - dosłownie rozpadające się) i nowoczesności (szklany most przyjaźni, kolejka linowa na wzgórze z twierdzą perską).
setki domów gościnnych - guest house, w większości w strasznym stanie wizualnym, ale ludzie - przegościnni.
nie wiemy co to jest to, uwidocznione na tych dwóch zdjęciach.
rzuca się w oczy, pasuje do reszty Tbilisi jak świnia do siodła, ale jest jego częścią...
przeciętna uliczka w Tbilisi. w jego starej części...
matka Gruzja... nam się niestety nie spodobała.
knajpiana uliczka... jedzenie w Gruzji to osobny temat, na który można by napisać osobnego bloga.
tu jedliśmy obłędnie smacznego kurczaka pieczonego w sosie czosnkowym.
wieczór w hostelu był dziwny... albo lepiej go określić jako dziwnofajny - po kolacji, przysiadł się do mnie w hostelu jego właściciel. przegadaliśmy i przepiliśmy jego winem ze dwie godziny... o polityce, o Stalinie o Putinie (wiecie, ze Putin to według Gruzinów też Gruzin?!! oni twierdza, że Putin nawet urodził się niedaleko Gori - rodzinnego miasta Stalina), o historii Gruzji i historii Armenii (żona właściciela hostelu jest Ormianką), społeczeństwie, turystach.
gadaliśmy łamanym - z mojej strony - rosyjskim i okazuje się, ze nieźle można się dogadać - jednak ruskij jazyk z podstawówki i liceum gdzieś tam we łbie pozostał :)
niestety nie mam fotek hostelu - a szkoda...

Dzień 4 - 16.07

Rano - pisanie pierwszej części relacji (dopiero teraz uzupełniam resztę) - potem, o 14:00 wyjechaliśmy w dalsza drogę.
w tym dniu pojechaliśmy do David Garedża - mijając po drodze wojsko gruzińskie...
na początku nie wiedzieliśmy czy atakują nas, czy ktoś jest poza nami i ten ktoś jest celem ataku, ale po kilku chwilach okazało się na szczęście, że to tylko ćwiczenia.
pierwsze wrażenia były co najmniej dziwne... żadne z nas nie było pewne, czy aby to nie polowanie na nas...
 
na szczęście okazało się, że chłopaki latają i krzyczą tatatatatata... udając otworami gębowymi karabiny ;)
a sam David Garedża, to przepiękny monastyr, położony na samej granicy Gruzji i Azerbejdżanu (część monastyru znajduje się po jednej stronie granicy a część po drugiej), w przecudnej malowniczej okolicy rowu tektonicznego.
 
budowa geologiczna Gruzji jest czymś, co powala mnie na każdym kroku... nie mogę oprzeć się porównaniom z Wielkim Ryftem Afrykańskim, w którym są stanowiska paleoantropologiczne, w których odkryto naszych przodków...
wiem, będę się powtarzał, ale to cudowne miejsce. magiczne... zamontowane w litej skale drewniane drzwi, do których NIE MOŻNA się dostać (chyba że na linie) sprawiają oszałamiające wrażenie.
 
 
 
 
czyste, żywe, przecudowne szaleństwo...
a choć wycieczka omal nie kosztowała mnie życia z powodu zadyszki - warto było...
 
 
następnie - już tylko off road... mijaliśmy wieś Udabno. wieś jest prawie pusta...(w ogóle w Gruzji jest olbrzymia ilość opuszczonych, zniszczonych, lub nie wykończonych domów).
Udabno w latach 30-stych Stalin zasiedlił obcostarnnymi ludźmi (Swanami)... ponoć Stalin chciał przytemperować trochę Azerów - liczył na przygraniczne, etniczne zadymy...
co ciekawe - w tej wsi mieszkają Polacy - prowadzą tam jedyny w okolicy hostel.
i dalej już tylko droga... piękna, wymagająca i wyczerpująca droga.

ciekawostka - bardzo dużo żółwi mijaliśmy po drodze, a niektóre trzeba było dosłownie wyciągać spod kół...
profesjonalna kierowniczka zamieszania Beata ratuje całość skorupy żółwiowej...
wieczorem dojechaliśmy nad rzekę Iori. Ognisko, kolacja i cha-cha (czyt."dżiadżia" - taka ichnia berbelucha czyli bimber, potrafiąca mieć i 70%) i... znowu burza z deszczem - cholery można dostać z tym deszczem, tym bardziej, że okazuje się, że jesteśmy aktualnie w najbardziej suchym miejscu Gruzji - rocznie ok. 200 mm deszczu (w teorii... bo przez ten dzień spadło pewnie ze 30% rocznej średniej podczas totalnego urwania chmury.
plus komary... milion komarów... wrrrrrrr.... nasze repelenty wydaje się, że pomagają, dopóki rano nie zobaczysz dziesiątków śladów po ukąszeniach.
wariacje nocne na temat biwaku
przy okazji - kąpiel w Iori - rzecz niezapomniana.

Dzień 5 - 17.07

wyruszamy z nad rzeki Iori. dziś praktycznie sam off-road.
początek, to przeprawa rzeką
następnie udało nam się zakopać w błocie Defendera
i błota, połoniny, urwiska, bad-landy i dziesiątki kilometrów wyschniętych koryt rzecznych - zatem znów jazda po wertepach,bezdrożach i otoczakach.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
obiad w miejscu Tatiana Badland i dalej w drogę. a po drodze, przez ładnych kilometrów leciał za nami psiun - fajny pies, który aż prosił o kontakt z człowiekiem, pieszczotę i - nie ukrywajmy - coś do jedzenia :)
wiem, ze fota nieostra, ale ten szczęśliwy, wywalony jęzor musi zostać uwieczniony...
na kolację dojechaliśmy do Vashlovani (kolejny Park Narodowy).
 
 
 
 
a żebyśmy się za bardzo nie przyzwyczaili do stałej pogody - zaczęło wieczorem padać...

Dzień 6 - 18.07

Wyjeżdżamy z Parku Narodowego Vashlowani i drzemy do Gurjaani na obiad w Winehouse Gurjaani (tak swoją drogą - super obiad). po drodze dojechaliśmy do miasteczka Signagi (przepiękne miasteczko), w którym znów mieliśmy szansę porozmawiać z Gruzinem. zaczęło się normalnie. kupiliśmy u staruszka na miejscowym bazarku melony. jak staruszek (potem okazało się, ze miał 76 lat) dowiedział się, ze my "iz Polszy", poprosił, żebyśmy na niego poczekali chwilkę.
za 5 minut wrócił. z serem, chlebem, piwem, pomidorami i ogórkiem...
tak dowożą zaopatrzenie w arbuzy do Signagi
 
poczęstunek jaki dziadek nam przygotował, był wzruszająco prosty i rozczulająco obfity
dziadek opowiedział nieco o sobie - był żołnierzem Armii Czerwonej w Kaliningradzie, płynął na Kubę z bratnią pomocą dla Fidela Castro, na rozkaz Stalina wycinał winnice w Gruzji (Stalin zabronił produkcji win - mimo, że sam lubił je pijać) czym doprowadził sytuację ekonomiczną Gruzinów praktycznie do stanu zapaści. ponoć tysiące ton winnych gron zostało zniszczonych a znakomita większość winnic - wyciętych.
niesamowita opowieść starego, ubogiego człowieka, opowiadana przy jego stole pozostanie na długo w naszej pamięci
dziadek. chodząca historia i szokująca gościnność...
tyle, ze "drzemy do Gurjaani" to eufemizm jest...
10 kilometrów asfaltówki jedziemy ponad godzinę. wolałem już te wyschnięte koryta rzek. no jakaś regularna masakra... z asfaltu zostały tylko dziury - nie przesadzam. drogę umilają nam opowiadaniami Miłosz i Beata, a oczy cieszą widoki. np. słoneczniki van Gogha...
 
dziś śpimy już na terenie Wielkiego Kaukazu w jednej z dolin rzecznych.

Dzień 7 - 19.07

dziś liczy się tylko droga... tylko, że w interpretacji Miłosza, droga to jakieś kolejne wariactwo jest... zwariowane spadki, podjazdy, przechyły, ryk silników i widoki Kaukazu... cudowny obłęd...
a rozpoczęło się kapciem w Toyocie
 
 
 a potem już było tylko wyżej, dziwniej, piękniej i cudowniej...
 
lód w lipcu, zwłaszcza przecinany przez górską rzekę, to fajny efekt...
 
czasem, ruch był jak na Marszałkowskiej - to droga do Tuszetii, do miejsca, które jest odcięte od świata przez 6-7 miesięcy w roku
widoki wynagradzały nam wszystko...
 wjechaliśmy na 2.800 m. jeszcze tak wysoko nigdy nie byłem.
 
nocleg na 2.200 metrach. NIE PADA!!!! za to w nocy przymrozek i rano szron na namiotach i na trawie... dzięki Bogu za cha-chę :)
mimo ogniska, tyłki nam nocą pomarzły...

dzień 8 - 20.07

dzień próby - w użyciu (u mnie) stoperan i laremid... towarzystwo pojechało na wycieczkę konną po Kaukazie, a ja (poza etapami przyspieszonego kurcgalopku do kibelka) mam chwilę, żeby Wam napisać kilka zdań...
Monika. cieszy się... ale to dopiero wyjazd... :)
większa część ekipy -w dobrych jeszcze nastrojach...
z koni (tu miałem „letko”złośliwą radochę, bo ekipa pojechała na 3y godzinną wycieczkę, a wrócili po prawie 6 godzinach. a złachani byli tak, jak ja na podejściu do Dawid Garedża)
to według samych zainteresowanych, było masakrą...
powrót do cywilizacji - 6cio godzinna, piękna drogo do Mschetty.
 
przyjazd około 22, więc o zwiedzaniu miasta nie było mowy.
a u mnie - dalszy ciąg zemsty faraona (hmmmm.... tutaj, to chyba raczej gruzińskiego króla :)).
rano okazało się, że Wielka Trójca (Józek, Mateusz i Piotrek) popadli w Mschettckie przygody... towarzystwo poszło po godzinie 23 na miasto coś zjeść i okazało się, że tak zwana dupa blada. knajpy co prawda w części otwarte, ale kuchnie już nieczynne. piwa i wina napić się można a zjeść już nie.
towarzystwo niczym nie zrażone, udało się do sklepu, w celu nabycia czegoś do jedzenia. wchodząc do sklepu, Panowie spytali (mimo wszystko) czy o tej porze jednak gdzieś można coś zjeść...
no i zaczął się cyrk...
Gruzin, który był w sklepie, zaprowadził chłopaków do zamkniętej knajpy, otworzył ją, ogarnął kucharza, sprosił znajomych i rozwinęła się impreza na 24 fajerki. znalazło się wino, muzyka, cha-cha, a po odpowiedniej dawce tej ostatniej całe towarzystwo przeniosło się do domu jednego z "organizatorów" i bal trwał w najlepsze. Wielka Trójca pokazała się w hostelu koło 2 rano, a sądząc po porannych minach - nie bez znacznego wysiłku :)
kochani - uważajcie o co pytacie w Gruzji. może skończyć się to strasznym kacem...

dzień 9 - 21.07

spałem ponad 12 godzin... jednak tutejszy faraon mściwy ścierwo jest... potem - wizyta w katedrze Sweti Cchoveli (ta katedra jest właściwie dla Gruzinów takim ichnim Watykanem…)
ten człowiek nawet nie dotykał instrumentu. ale za to jakżeż on śpiewał...
byłem w wielu kościołach w Polsce. w żadnym chyba nie miałem takiego poczucia żyjącej wiary jak tu...
ta kobieta nie żebrała. nie prosiła. stała nieśmiało uśmiechnięta przy drzwiach kościoła.
zapytana powiedziała, że ma chorego syna. i mimo to dalej nie prosiła o nic...
to jedno z najważniejszych miejsc dla religii gruzińskiej, w którym przebywa Catolicos – odpowiednik naszego Papieża.
i rozmowa o Dżwari – miejscu, w którym został postawiony pierwszy krzyż na terenie Gruzji (w IV wieku) i pierwszy kościół zbudowany na planie krzyża.
to tam był pierwszy krzyż w Gruzji. ponad 1600 lat temu. ale było za daleko. nie pojechaliśmy :(
wszystkie pozostałe kościoły przez długi czas były budowane na wzór Dżwari.
Qrde… w IV wieku nasi przodkowie spieprzali po krzakach przed wilkami i szukali korzonków… a Ormianie pisali wtedy już manuskrypty…
z Mscheta pojechaliśmy  do Upliscyche – to nasze trzecie w Gruzji skalne miasto.
to tu udało mi się ostatecznie rozwiązać problemy z moim Nikonem... wystarczyło położyć aparat na krzesełku, obok bukłaka z wodą (dodam - nie sprawdzonego pod katem skuteczności zakręcenia). po kilkunastu minutach, chcąc zrobić fotę, podniosłem aparat i - ku mojemu niebotycznemu zdumieniu - wylałem z niego strumień wody...
aparat się chyba obraził, bo się nie odzywa... i stąd brak z tego miasteczka oraz z Gori jakichkolwiek fotek (w Polsce ściągnę z Moniki z telefonu). zresztą wszystkie następne foty, są zrobione sprzętem i dzięki uprzejmości a niejednokrotnie dzięki "rencom" przygód4x4, lub dzięki Monice i jej Samsungowi...
 
 
 
z Upliscyche pojechaliśmy do Gori... miasta, w którym urodził się Stalin. Josif Wisarionowicz Stalin, o którym ponoć Gruzini w Gori nie dadzą powiedzieć złego słowa.
nie wchodziliśmy do muzeum Stalina dalej niż do westybulu - nie widziałem sensu by płacić ponad 50 zł (30 lari) za osobę po to, by zobaczyć kolejne portrety, rzeźby i inne pamiątki po Stalinie.
zrobiłem za to, to co chciałem. dotknąłem wytartej poręczy jego domu, stanąłem na wyślizganych schodkach na ganek na którym się bawił, opierałem się o słupy o które i Stalin się opierał.
i zastanawiałem się, co się stało, że sympatyczny i inteligentny dzieciak, który miał swoje dziecięce marzenia, zabawy, fascynacje i plany, stał się koszmarem miliardów ludzi...
nie usprawiedliwiam, nie gloryfikuję ani nie czczę Stalina.
był zbrodniarzem, był potworem, doprowadził do tragedii ludzi, rodziny, narody i państwa, ale był i będzie już zawsze elementem naszej historii i to znaczącym elementem. pogadaliśmy też ze strażnikami tego „sanktuarium” – młode chłopaki a jeden z nich, gdy się dowiedział skąd jesteśmy, powiedział: no… to wy Stalina raczej nie lubicie, dla Gruzinów też nie był dobry… niechętnie nam udzielali informacji, ale parę rzeczy – takich „przewodnikowych” – nam powiedzieli.
w tym domu urodził się i żył jako dziecko Stalin
a to jego muzeum... niejedno miasto takiego nie ma, ale prawdą jest, że niewiele miast miało taki wpływ na cały świat...
podziw? nie. zdecydowanie tylko i wyłącznie ciekawość.
dalsza droga – jednym słowem wertepy. jechaliśmy w kierunku pętli Svaneckiej, na mapach oznaczoną jako droga co najmniej – na nasze miary – powiatowa, tymczasem toto było głównie szutrowe, o szerokości rzadko kiedy przekraczające 2,5-3 metry, pełne wybojów i kolein.
Barszcz Sosnowskiego - jeden, a bywały ich setki i tysiące...
ciekawostką są Barszcze Sosnowskiego – tu jest ich pełno. dziesiątki i setki tysięcy… przy drodze było ich tak dużo i rosły tak blisko, że musieliśmy na dłuższe okresy czasu zamykać okna, żeby nas nie „smyrały”.
dziś biwak w lasach nad Kutaisi.
przy okazji – bardzo ciekawe rozwiązanie znaleźli pszczelarze na Kaukazie. ze względu na bardzo krótki czas wegetacji i różne okresy kwitnienia, pszczoły są przewożone (w ulach oczywiście, a nie luzem :) ) na swoje „pastwiska” (za cholerę nie wiem jak się nazywa miejsce „wypasu” pszczoły) samochodami… w Polsce nie widziałem takiego patentu.
 
tekst "przewóz pszczół luzem", w Gruzji nabiera nowego wymiaru...
wracam do biwaku pod Kutaisi, który i tym razem też odbył się z przygodami.
rozbiliśmy się koło 19, ale ja z Miłoszem przyjechaliśmy chyba gdzieś koło 22 (Miłosz załatwiał cha-chę a ja zostałem na czas jakiś w Kutaisi, pozałatwiać swoje - delikatnie się wypowiem – „faraonie” sprawy.
no i zaczęło się biesiadowanie, które opuściłem koło 23, ze względu na ogólne wyczerpanie.
ale… nie dało się spać...
koło 24 przyjechali goście. znajomy Miłosza i Beaty - Kote z Kutaisi z kilkoma osobami. Kote – bezlitosny morderca - przywiózł baniak cha-chy, i to takiej że po zbliżeniu jej do ognia - wybuchała.
Kote pojechał po ok. godzinie (na nieszczęście zostawiając baniak), ale żeby się nie nudziło nam, w jego miejsce przybyło dwóch gości – myśliwych - z dubeltówkami, którzy postanowili zostać z nami na biwaku.
nie dość, że mieli te dubeltówki, to jeszcze dali nawalonym chłopakom z nich postrzelać... na szczęście tylko hukowymi...
nasi panowie, letko złachani całym dniem jazdy i strasznie umordowani baniakiem z cha-chą poszli spać, a we mnie kurka obudził się Strażnik Teksasu.
przy mojej śpiącej kobiecie goście z bronią? w obcym kraju? w lesie?! po nocy?!! A NI KUTA!!!
w związku z tym przesiedziałem przy ognisku prawie do 7 rano, kiedy to goście wypuścili z samochodu psa i poszli polować na ptaki.
a ja, z wrażeniem ostrego wydurnienia się, lecz z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, położyłem się (na całą godzinę) spać.

dzień 10 - 22.07

i znów w drodze... dziś przed nami Pętla Svanecka. mieliśmy mały zaciach z Toyotą - w błotnistej części drogi Grzegorzowi omsknęły się koła i Toyota zawisła ze sporym przechyłem nad dość płytkim na szczęście jarem.
no i trze się było wziąć do roboty...
po wyciągnięciu Toyoty, trzeba było ratować Landka... wziął się i niebezpiecznie dosyć przechylił...
fachowcowi (Miłoszowi) wystarczyło pół godziny, wyciągarka i grubsze drzewko, żeby zażegnać problem.
zjedliśmy obiad w korycie dopływu rzeki Rioli, a potem w jednym z mijanych miasteczek spotykamy off-road'owca – Szwajcara, w wymarzonym przez Miłosza Bushtaxi...
znów jazda. i znów drogi (a raczej szlaki), przez które trzeba przedzierać się z włączonym reduktorem. rozbiliśmy biwak w korycie zalewowym rzeki Cxenizcqsli (wiem, brzmi to jak nazwa rdzennie aztecka, ale ponoć tak się to transliteruje).
kąpaliśmy się w tej rzece… woda była leciutko mulista ale zimna za to, jak jasna cholera. po deszczach w górnych partiach gór nurt był tak silny, że ledwo można było ustać na nogach, i to przy samym brzegu.

dzień 11 - 23.07

rano rządziły krowy.
ekipa jeszcze spała (zazwyczaj ja najwcześniej wstawałem), jak przyszła jedna taka ciekawska krowisia. zaczęła od grzebania mordą w pojemniku ze śmieciami, potem lizania zderzaka Patrola, a jak podlazła do namiotu Moniki, pogoniłem cholerę w cholerę.
było 10 minut spokoju, gdy wygoniona wraca z koleżanką i włażą bezceremonialnie między nasze namioty. no i szlag mnie trafia. znowu towarzystwo wyganiam (a nie było łatwo, bo świnie – znaczy krowy – chowały się między krzakami i za drzewami), ale po 15 minutach wraca ich 9 sztuk...
na szczęście ekipa już nie śpi i zaczynamy latać za krowami. tyle, że najwidoczniej z powodu niedogadania część ekipy (znaczy ja) krówska odgania, a część (znaczy Grażyna i Beata) - dokarmia.
po kilku minutach opętańczego latania - poddaję się. biorę suchy chleb i też pcham w te mokre mordy.
po śniadaniu (z krowami) jazda na przełęcz - nazwy nikt nie pomni, ale przecudna jest... i to na wysokości 2.600 metrów, z widokiem na najwyższy szczyt Gruzji - Szchara, o wysokości 5.193 m.n.p.m. (wg części źródeł co prawda jest trochę niższy, ale dajmy mu już te prawie 5.200)
Szchara. mimo, że schowana w chmurach - budzi respekt...
i dojazd do Ushguli - najwyżej położonej wsi na Kaukazie - 2.100 m.n.p.m. i piękne miejsce, z 4-ema założeniami obronnymi - de facto 4 osobnymi wioskami o nazwach nam nie znanych (murowane kompleksy domów, z wysokimi wieżami). jest tu 37 wież, i 230 osób stałych mieszkańców. wieże późno średniowieczne, a najstarsze z ok X-XII w.
ciekawostką jest konstrukcja tych wież.
pierwszy rodzaj nie ma wejścia... na wysokości 4 metrów jest otwór, przez który można wejść do środka, ale jedynie za pomocą drabiny.
drugi rodzaj ma wrota, ale na parterze przebywa jedynie bydło. żeby dostać się do "ludzkiej" części, znowu – drabina i wdrapywanie się na 4 metry...
z Ushguli pojechaliśmy do Mestii, jednak przed dojechaniem do miasta wjechaliśmy wyciągiem na jakiś szczyt (nazwy mi się już tak mylą, że nie podejmuję się przypomnieć) i zjedliśmy tam obiad.
piękna panorama Kaukazu, z widokiem na szczyt Ushba (4.700 m.n.p.m.)
w kolejności: jam ci to, Monika, Miłosz i profesjonalna kierowniczka zamieszania - Beata
 
 
dojechaliśmy do Mestii, rozpakowaliśmy się, dokonaliśmy niezbędnych ablucji prysznicowych - nie pisałem jakoś wcześniej, ale wydaje się dla wszystkich zrozumiałe, ze po 2-3 biwakach w namiotach, po przyjeździe do hostelu największym wzięciem cieszyły się zawsze sedesy i prysznice…
w Mestii, tuż przed zapowiedzianą wcześniej suprą (gruzińską wystawną kolacją), Grażynę potrącił samochód. na szczęście poza otarciami i ogólnym potłuczeniem nic się nie stało, ale Darek (mąż), Miłosz i Beata przez parę godzin mieli nerwówkę (choć Miłosz twierdzi, że nie miał nerwówki, ale ja tam swoje wiem...), a my skwaszone humory.
supra - dopiero jednak po powrocie Grażyny ze szpitala - bardzo fajna i smaczna. z obowiązkowym winem i cha-chą oczywiście...
jeszcze czekamy na Grażynę...
daje się jednak zauważyć wyraźne zmęczenie serami. sery w Gruzji są wszechobecne. same dania obiadowe które zapamiętałem to placki z serem (kilka rodzajów), chinkali (pierożki) z serem, ziemniaki puree zmieszane z serem, kukurydziane bułki na ciepło z serem, roztopiony ser w postaci płynnej. dodając do tego różnorakie przekąski, zakąski, przystawki i ser w postaci serowej – robi się serowa masakra… ciekawostką jest, że serów żółtych jest mało. prawie w ogóle. większość z w/w dań zawiera odpowiedniki naszych góralskich serów tylko mam wrażenie, że w większej różnorodności.
hostele w Mestii, to tak naprawdę domy, w których pewna część została wygospodarowana na pokoje gościnne… w tym, w którym spaliśmy nie było klucza od pokoju, polazłem zatem do chaziajki i gadam: „w mojej komnacie klucza niet. u was jest?”
gospodyni ze stoickim spokojem odpowiada:
„turisty ukradli. no nie tarapi – ja pilnuju”
no i na tym się skończyły moje starania o bezpieczeństwo naszych klamotów…

dzień 12 - 24.07

wyjazd z Mestii i "zamknięcie" Pętli Svaneckiej. lepsza, zdecydowanie lepsza droga, choć sporo osuwisk kamieni na szosie...
ciekawostka. w całej "wysokiej" Gruzji, przy drogach widać pomniki ludzi, którzy tu zginęli. 
Gruzini mają zwyczaj zatrzymywać się przy tych miejscach, popić (wino i cha-chę) i pojeść - mamy nieodparte wrażenie, że ku czci zmarłego - i pojechać dalej...
przy okazji - robi się upał. w cieniu termometr wskazuje 37 st. C i w tej temperaturze dojechaliśmy do jednej z największych tam na świecie - zapory Inguri. faktycznie olbrzymia...
 
to druga co do wysokości betonowa zapora na świecie (w rankingu zapór bez względu na materiał użyty do budowy zajmuje trzecie miejsce ), liczy 272 metry wysokości i powstała w latach 1961 – 1987. już w roku 1999 była remontowana ze względu na fatalny stan techniczny. rocznie produkowane jest tu 3,8 billiona kW/h energii elektrycznej.
po obejrzeniu zapory - pojechaliśmy do Jaskini Prometeusza. cieszyłem się na ta jaskinię, bo przecież Gruzja ma ewidentnie przeszłość powiązaną ze starożytną Grecją. niestety jaskinia nic wspólnego poza nazwą z Prometeuszem nie ma, a tak swoją drogą, gościa który projektował oświetlenie tego kompleksu jaskiń, pobiłbym. mocno. i to kilka razy.
oświetlenie jaskini zasługuje na karę... ostrą, bezlitosną i nieuniknioną...
jaskinie to właściwie kompleks ponad 60 poszczególnych „komnat” (turystom udostępnia się tylko 6), powstałych na skutek erozyjnego działania wody – rzeki podziemnej. odkryto je - o ile dobrze zrozumiałem przewodniczkę - w latach ’30 XX wieku i dopiero Szewardnadze w latach ’90 zadecydował o udostępnieniu ich turystom. za czasów sowieckich były przewidziane jako schrony atomowe.
wrażenia termiczne – zarąbiste… na słońcu ponad 40 st. a schodzi się do ok. 14-17… cudo.
Poza tym - mimo ewidentnego spieprzenia oświetlenia - same jaskinie robią niesamowite wrażenie.
 
 
 
 
po wyjściu z jaskini, pojechaliśmy do Kutaisi na obiad do Eldepo (chinkali Eldepo... to faktycznie marzenie...) i złożenie klamotów w hostelu "Hostel Kutaisi by Kote".
ten hostel prowadzi Kote – ten sam, który swoim prezentem (baniakiem z cha-chą) zabił ekipę na biwaku kilka dni wcześniej – a najwięcej jest u niego Polaków. zresztą – hostel jak najbardziej godny polecenia, choć brak klimy latem może zabić...
czeka nas... zamknięcie wyprawy (części gruzińskiej) i pożegnanie 10 członków ekipy – okazuje się, że zorganizowaną przez Miłosza i Beatę wystawną kolacją - suprą.
supra zaczęła się koło 20:30 i okazało się, że w dużej sali jest nasza 14stka i drugie tyle (może ciut lepiej) Gruzinów. trzy Panie i kilkunastu Panów.
zaczęło się bardzo kulturalnie...
znaczy my sobie a oni sobie, aż do momentu gdy nie dostaliśmy od Gruzinów w prezencie dzbana czarnego wina (zresztą - przepysznego) i dedykowanej nam piosenki...
w tej piosence było wszystko co gruzińskie... słońce, wino, ośnieżone szczyty, krzyk orła, grzmot burzy, szum wiatru i nieskończona gruzińska tęsknota...
Miłosz, jak na gospodarza imprezy przystało, po kilkunastu minutach podszedł do stołu Gruzinów i wzniósł za ich zdrowie toast. postarał się, żeby to był gruziński (lub zbliżony) toast, a musicie wiedzieć, że tu toasty potrafią przybrać formę dialogu pomiędzy Tamadą (gospodarzem supry i prowadzącym całą imprezę) a wznoszącym toast, i mogą trwać nawet do 20 minut.
nasz toast trwał 2-3 minuty, ale z niego Gruzini dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski... no i się zaczęło...
wspólne bruderszafty (u nich też jest ten zwyczaj, tyle że wychyla się wówczas KIELICH wina – nie kieliszek, nie kielich, tylko KIELICH), pochwały, zabawy i tańce. co ciekawe - z ich strony bawili się wyłącznie mężczyźni, którzy co prawda nie stronili od tańców z naszymi dziewczynami (tu prym wiodła - a jakże - Monika.
 
 
szalała na parkiecie doprowadzając do ciężkiej zadyszki gruzińskich tancorów i kondycją i odsłoniętymi ramionami, ale chłopaki twardzi byli… nie poddawali się :)) ale zdecydowanie preferowali zabawy w męskim gronie. ot, taka kultura, że faceci bawią się z facetami... a były tańce, toasty, pochwały Prezydenta Kaczyńskiego, wygłupy włącznie z zamianą koszulek Piotra i jednego z gruzińskich biesiadników.
naprawdę super impreza.
a ja poległem podczas pożegnania z Gruzinami... 4 wychylone pełne szklany (takie pewnie po 400 ml) w powiązaniu z wcześniejszymi bruderszaftami i kielichami spowodowało, ze w radosnej nirwanie zostałem odholowany przez Monikę do hostelu...

dzień 13 - 25.07

rano - zgon.
rano - kac.
rano - upał 39 st. C w cieniu...
na szczęście mamy dziś dzień oddechu. zostajemy w Kutaisi, żeby następnego dnia wyjechać do Armenii. tylko jeden spacer po mieście. decydujemy się na niego koło 14 i idziemy na miejscowe bazary (niestety poza kulinariami - nic ciekawego. nie ma w ogóle miejscowego rękodzieła i regionalnych wyrobów).
bazar... dobór asortymentu trochę jak u nas kiedyś na stadionie, plus dużo spożywki
wnętrze jednaj z hal targowych
tuż przed paniczną ucieczką do hostelu. żar był bezlitosny... ale płaskorzeźba ładna...
wytrzymujemy ze 2 godziny i uciekamy przed upałem, najpierw do Eldepo na chinkali a potem do hostelu.
wieczór przy piwku i pogaduchach ze spotkaną podróżniczka z Polski - Moniką... pozdrówka jak to czytasz.
dziś... nie było żadnych zdjęć innych zdjęć...

Trasa - Armenia i Górski Karabah

link do odwiedzonych miejsc (zarys): drugi etap podróży - Armenia i Górski Karabach - ze względu na offroad, trasy są podane wyłącznie poglądowo.

dzień 14 - 26.07 ARMENIA

link do odwiedzonych miejsc (zarys): pierwszy etap podróży - Gruzja - ze względu na offroad, trasy są podane wyłącznie poglądowo.
rano, pełni entuzjazmu – pakujemy się. entuzjazm jednak mija proporcjonalnie do rosnącej temperatury. leje się z nas strumieniami – sytuację pogarsza lekki deszczyk, który wyłącznie wzmaga duchotę i wilgotność.
koło 9:30 wyjeżdżamy – droga tym razem – jakoś szczególnie nie zachwyca – najpierw asfalt, dopiero jak Miłosz zjeżdża na szuter, wracają piękne widoki, góry, czyste powietrze i jakaś taka świeżość tego co widzimy – to, co w Gruzji najwspanialsze.
dojeżdżamy do granicy. przejście graniczne rozkopane, rozbabrane i jakieś takie… zabałaganione. odprawa przeszła spokojnie i bez szczególnych wspomnień, natomiast po przekroczeniu granicy, wjechaliśmy na Wyżynę Armeńską i od tego momentu zaczęło być coraz cudowniej…
ponoć Armenia na wulkanach stoi… ano, obaczym :)
przejeżdżamy obok jeziora Tabatskuri - piękne światło i fajne foty...
biwak. nocleg. pierwszy raz bez całej ekipy a tylko we czwórkę.
na nocleg Miłosz wybrał miejsce dość uczęszczane przez miejscowych jako miejsce imprez plenerowych, natomiast jesteśmy ok. 100 metrów od drugiego co do wielkości wodospadu w Armenii. wodospad Trahcan… po prostu bajka…

dzień 15 - 27.07 ARMENIA

wodospad przez noc się nic nie zmienił... piękny jest obłędnie - niestety internet znów cienki i fotki się nie zasysają, ale uzupełnię...
dojazd musiał być z fantazją... :)
 
Monika medytuje...
jedziemy... przejeżdżamy przez pola lawowe, obok wygasłych wulkanów,
niestety strasznie dużo śmieci w całej Armenii
 
i dojeżdżamy do miasta Aparan, gdzie trafiamy na super sklep... w środku piekarnia, szaszłykarnia, mięsny, cukiernia i kilka jeszcze innych rzeczy.
można w supermarkecie ręcznie robić chleb? a no - można...
Armeński (zresztą Gruzińskie są takie same) piec chlebowy
po upieczeniu, chleb się odkleja od pieca i wyjmuje takimi szczypcami...
zakupy tak czy inaczej zrobione.
to w tym markecie są takie dziwy... :)
mijamy znów kamieniste pola, i jeżeli wydawało mi się, że Gruzini maja kiepsko - odszczekuję to. Ormianie maja w zakresie zakamienionych pól - przejebane.
 
dodać do tego tak samo kiepski asfalt jak w Gruzji oraz - niestety - dużo więcej śmieci wszędzie w ogóle, to będziemy mieli komplet.
dojeżdżamy do ruin monastyru Tagheniacz - VIII wiek po Chrystusie... jestem - jak to ja w takich sytuacjach – „z letka” upokorzony, że 1.300 lat temu, ludzie robili takie rzeczy... nawet tam biblioteki mieli, a nas? ech... szkoda gadać.
 
najbardziej uderzająca w tym miejscu jest wiara Ormian. pomimo tego, że ten Monastyr jest wiele setek lat w ruinie, nadal ludzie palą tam świece, modlą się, spotykają się ze swoim Stwórcą…
a potem Beata z Miłoszem mnie dobili - dojechaliśmy do kościoła Saint Varwara, gdzie jest nagrobek z IV wieku. i kościół ten żyje. jest odwiedzany i oddawana jest w nim cześć Chrystusowi do dziś.
sam kościół jest... jaskinią. jaskinią, którą ktoś zamknął ścianą frontową, a resztę pozostawił nienaruszoną.
 
 
 
nie wiemy czemu to drzewko jest tak poobwieszane...
następne odwiedzone przez nas miejsce, to to Monastyr Howhannawank, założony przez Grzegorza Oświeciciela, na początku IV w, położony w przecudnym miejscu, na samym skraju urwiska – właściwie kanionu wyrzeźbionego przez rzekę.
 
 
 
  jedziemy dalej. kierujemy się już na biwak, ale po drodze spotykamy „megalityczny alfabet ormiański” – trochę fajna i trochę śmieszna rzecz… sporo zwiedzających (kurka… co można zwiedzać w kamiennym alfabecie?!!)
dojechaliśmy na nocleg, na wysokości ok. 2.200 mnpm, (tu po raz pierwszy zauważam u siebie objawy „wysokościowe”. i tak mam kondycję godną  średnio zapasionego żółwia, ale tu zaczyna być naprawdę cieniutko. każdy większy wysiłek – zadyszka. kilka szybszych kroków – zadyszka. no masakra jakaś… a potem będzie jeszcze gorzej.
okazuje się, że nocujemy na zboczach prastarego, wygasłego wulkanu Aragatsu (strasznie wielkie bydlę, jechaliśmy przez niego kilka godzin – w podstawie ma średnicy do 80 kilometrów).
nocleg na Aragats
gadam o tym z Miłoszem – w końcu geograf, niech się dzieli wiedzą… i po rozmowie z nim odnoszę wrażenie, że Armenia to jedno przeogromne pole walki tektoniki z sejsmiką.
nawet nie pojedyncze wulkany, ale całe pola, zbiory i stada wulkanów, wulkaniszcz i różnej maści wulkaniątek są praktycznie wszędzie. a jak nie wulkany, to już na pewno pola lawowe, które dają tak charakterystyczny dla Armenii krajobraz...

dzień 16 – 28.07 ARMENIA

dziś rozpoczęliśmy dzień dojeżdżając do twierdzy Amberd z VII w. (...) i tu pierwszy, i jak na razie jedyny raz, spotkaliśmy się z próbą wyłudzenia od nas kasy. parkingowy zażyczył sobie od nas, za trzy osoby  3.000 sztuk ichniej waluty za wstęp (przelicznik jest circa 1 PLN = 125 AMP). „OK gościu, ale dawaj bilety”. gość z lekka skonfundowany stwierdza, że bilety będą kosztowały 10.000 (pies go drapał, po przeliczeniu wychodziło ok. 80 zł za trzy osoby), lecz ku naszemu zadziwieniu, po naszym stanowczym naleganiu na otrzymanie biletów – gość wkurzony macha ręką i dozwala nam iść bez płacenia.
więc uważajcie.
w Armenii w 99% wypadków NIE PŁACI SIĘ za wstęp do zabytków. a jeżeli się płaci, to bardzo wyraźnie oznakowana jest kasa biletowa.
a sama twierdza i nieodłączny kościółek są obłędnie śliczne…
 
 
tam było genialne światło...
a modelka - profesjonalna kierowniczka zamieszania Beata, spisała się jak na okładkę Voque ;)
potem, najwyższy punkt na jaki dało się wjechać na Aragatsu - Jezioro Kari, na wysokości 3.190 mnpm – siedzieliśmy z tam z Moniką w knajpce.. ja z piwem a Miśka z kompotem.
 
niesamowite widoki, choć przy samym jeziorze zabudowa gorzej niż podła. trzeba patrzeć tylko w górę, bo dół - zniszczył człowiek…
dojeżdżamy do Erewania, stolicy Armenii. miasto sprawia wrażenie bogatszego od Tbilisi (no i gorętszego…) a właśnie. nie pisałem nic o pogodzie, a ta jest raczej nudnawa… do 40 stopni w cieniu i czasem dość silne wiatry. chmury Ormianie znają chyba tylko z lekcji przyrody, bo jakoś rzadkawo je widujemy, natomiast skwar jest niemożebny wręcz…
Erewań zaczyna żyć po 20, kiedy temperatura osiąga znośne 30 stopni, wcześniej – mam wrażenie – na ulicach są tylko ci, którzy nie mają innego wyjścia…
spotykamy w Erewaniu polskiego Konsula. fajny, młody facet (na oko koło 35 lat), pasjonat podróży, w towarzystwie żony, pary podróżników (....), którzy w półtora roku chcą przejechać kulę ziemską na motorach i jeszcze jednego małżeństwa – dość dla nas tajemniczego, ze względu na niechęć do mówienia o sobie.
to moje pierwsze piwo z dyplomatą… ;) a i przyznam, że nawet smakowało…
Erewań nocą - uroczy...
w drodze na piwo z Konsulem
 
 
 
potem powrót do hotelu z taryfiarzem, który za 1000 AMP (8 złotych) błądząc co niemiara po całym Erewaniu (za GPS robił mu telefon przez który gościu cały czas gadał) dowiózł nas na miejsce noclegu.

dzień 17 – 28.08 ARMENIA

rano – wyjątkowo pospaliśmy do 9 – po śniadaniu, śmigamy do Muzeum Manuskryptów Matenadaran, po kolejną dla mnie lekcję pokory.
papierzyska jak papierzyska, ale chylę czoła przed przecudownymi dziełami, datowanymi na 500 lat przed polskim Mieszkiem I, tj. na V wiek po Chrystusie… nie pamiętam dat pierwszego polskiego piśmiennictwa, ale "cuś" mi się majaczy XIII wiek. Ormianie – a gdzieś tam chyba mamy ich trochę (oczywiście generalizuję) za „dzikusów”, ponad 800 lat wcześniej niż my posiedli sztukę utrwalania rzeczy na piśmie. i to we własnym języku a nie po łacinie jak my… :(
z Erewania droga (w osobie Miłosza) doprowadziła nas do absolutnego cudu - Monastyru Chor Wirap „Głębokiej Studni” – symbolu Armenii. i faktycznie jest to cudeńko. może nie sam monastyr (choć sprawiedliwość trzeba mu oddać, że piękny jest), ale jego widok na tle góry Ararat, gdzie pradziad Noe zakotwiczył swoją Arkę.
 
 
w Chor Wirap trafiliśmy na ceremonię chrztu.
 
 
uwieczniona na tym obrazie Matka Boska ma wyraźnie ormiańskie pochodzenie
nie zabawiliśmy w Chor Wirap długo (choć wyjeżdżając zabałaganiłem jeszcze trochę na pobliskim cmentarzu)
 
 
a przed nami dziś jeszcze Symfonia Kamieni, wąwóz i świątynia Garni – rzymska świątynia słońca, Monastyr Geghard i droga na biwak. pod szczyt Spitakaru, na wysokość 3.300 mnpm.
Symfonii Kamieni nie podejmuję się opisać. to jest cudo absolutne i porażające. zastygłe kolumny bazaltowe faktycznie robią wrażenie przygotowanych dla jakiegoś olbrzyma organów…
nie chciałem stamtąd odjeżdżać, ale niedaleko czekał na nas ślad po rzymianach., czyli świątynia słońca. hmmmmm...ładna, ale po innych armeńskich kościołach można o niej  powiedzieć, że kupiła nas swoją innością architektoniczną i... Ormianinem który grał wewnątrz na jakimś rodzaju flecie. grał tak, że było jakoś tak „sierdceszipatielnoje”…
 
 
jadąc już w kierunku Gór Gekhama (a tak naprawdę kolejnego pasma wulkanów – tym razem młodszych niż wulkan Aragatsu) zajechaliśmy jeszcze pod Monastyr Geghard.
i dałem dupy. nie zadbałem o naładowaną baterię w aparacie należącym do „przygody4x4” i z ich aparatu mam tylko jedna fotkę
(a Nikon dalej obrażony i się nie odzywa – obawiam się, że czas się rozejrzeć za nowym aparatem) :(
na szczęście sytuację ratuje Samsung Moniki... :)
 
Monastyr Geghard – jeden z piękniejszych które widzieliśmy. oczywiście to nie tylko zabytek ale i cały czas funkcjonująca świątynia. Zostaliśmy okadzeni kadzidłem na przykład przez mnicha.
 
 
 
największe wrażenie zrobiła dla mnie sala, którą nazwałem komnatą echa – komnata, w której najmniejszy szept ulegał niesamowitemu wzmocnieniu, tworzył w jakiś przecudowny sposób polifonię głosów i trwał, trwał i trwał…
 
 
 

niestety – wygoniła nas z tej komnaty wycieczka. nie dało się wytrzymać ich głosów w tym cudzie ciszy.
i pojechaliśmy w wulkany…
poległem. wyobraźnia okazała się niewystarczająca na to, co zobaczyliśmy.
 
obozy pasterzy w Zovoshen Oba, i ich stada pilnowane przez psy
 
 
i w końcu – pustka… niczym nie ograniczone nic (nawet stożki wulkanów, ogromne, zestalone hałdy tufu i stare jęzory lawowe jakimś dziwnym trafem nie ograniczały wzroku. oczy prześlizgiwały się po nich bez przeszkód – one są tu na swoim miejscu w odróżnieniu od nas…
 
dojeżdżamy pod Spitaksar na 3.300 i nocleg. zimno jak jasna cholera i w końcu przydają się nasze śpiwory Husky’ego. wyżej już może w życiu nie będę...
 

dzień 18 – 29.07 ARMENIA

rano – widoki obłędne… spaliśmy przy całorocznej pryzmie śniegu :)
tym razem wysokość bardzo poważnie daje mi po dupie… każdy wysiłek w codzienności niezauważalny – schylenie się, wstanie z krzesełka – powoduje zadyszkę i poczucie niedoboru powietrza. noc – fatalna. budziłem się co kilka minut i dyszę jak po przebiegnięciu kilometra… masakra, choć rano już ciut lepiej niż wieczorem i w nocy…
dziś, naszym głównym celem jest dalsze szwendanie się po pustce… zahaczamy o Monastyr na wulkanie Arg Magan, poświęcony ich wersji historii o Romeo i Julii. różnica w historiach jest taka, że ich zabiły własne rodziny, gdy nie chcieli się podporządkować...
autentycznie, Monastyr stoi na samej krawędzi krateru wygasłego wulkanu. wrażenie niesamowite.
 
 
najstarszy w Armenii karawanseraj z roku 1332, położony na czarnomorskiej odnodze szlaku jedwabnego
i cudeńko - Monastyr Novarank z roku 1105
 
i znów nocleg wśród wulkanów, na wysokości 3090 mnpm. okolica i widoki – wydawało mi się to niemożliwe – jeszcze bardziej obłędne i bardziej wręcz magiczne niż dzień wcześniej.
wieczór i noc zdecydowanie lepsza od strony kondycyjno-wysokościowej. nawet wlazłem na pobliski stożek wulkaniczny (ok. 150 m i co prawda na raty - z 6cioma chyba przerwami) ale wlazowałem :)
 
 

dzień 19 – 30.07 ARMENIA

po śniadaniu, pojechaliśmy do Ughtasar, gdzie są jedne z największych na świecie ilości petroglifów, datowanych między IV a X tysiącleciem przed Chrystusem.
 
 
powszechnie głosi się tezę, ze ten petroglif przedstawia scenę kuszenia Adama i Ewy przez węża... dla mnie to dosyć kontrowersyjna teza, ale... każdy tu widzi to, co chciałby.
petroglify te (nie tylko w Ughastar, ale cały pas) ciągną się na długości ok. 60 kilometrów, a jako dodatkową dla mnie atrakcję, spotykamy liczne ślady po prastarych osad koczowniczych. ciekawa wskazówka – bujniejsza roślinność na dosyć jałowych stokach, po tylu latach będąca dowodem na żyźniejszą glebę, w miejscach nocowania bydła.
po kilku godzinach drogi następny obłęd, następna magia… armeńskie Stonehenge czyli Zorac Karer (zwane również „Karahunge” – "Mówiące Kamienie"), megalityczna konstrukcja datowana na ok. VI tysięcy lat przed Chrystusem (starsza od angielskiego oryginału), będąca obserwatorium astronomicznym, miejscem pogańskich (czemu „pogańskich” kojarzy nam się pejoratywnie?) obrzędów... tak czy inaczej – wrażenie niesamowite.
oko współczesności patrzące przez 8 tysięcy lat historii
 
 
potem - Monastyr Tatev
i znowu to nieodparte wrażenie życia w kościele...
Monika też dała się oczarować magii tego miejsca.
 
zgodnie z przekazem, ten słup ostrzegał przed atakami wrogich wojsk oraz przed... trzęsieniami ziemi.
jest tak wyważony, że przy równomiernym dudnieniu (marsz wojska) i delikatnych nawet wstrząsach - chwieje się
 
do którego dojeżdża się kolejką „wings of Tatev” – wpisaną do księgi Guinessa jako kolejka linowa z najdłuższym wiszącym odcinkiem, prawie 6 kilometrów, na świecie.
sam dolina nad którą leży Tatev jest oszałamiająca... ponad 1 kilometr głębokości - a widoki zapierają dech w piersiach.
nie ma jak, albo ja nie umiem oddać piękna kilometrowej głębokości doliny...
na stoku - opuszczona wioska. z tego co zrozumiałem - ma ponad 900 lat...
po tym monastyrze, odmówiłem dalszej współpracy w zakresie monastyrów. przesyt nastał w zakresie dzieł ludzkich. zdecydowanie wolę dzieła natury niż człowieka…
przejeżdżamy przez górnicze miasteczko Kapan… Boże mój, co za bida… i wjeżdżamy w kolejny park narodowy Armenii (nie dziwię się: takiej ilości lasów jak w tym parku nie ma chyba w całej Armenii) – tam robimy biwak i nocleg.
w nietypowo dla Armenii zalesionym obszarze, nad rzeczką.

dzień 20 – 31.07 ARMENIA

dziś dzień „na luzie”. jedziemy spokojnie pętlą rozpoczynającą się i kończącą w mieście Kapan. widoki cudne, ale połowę przesypiam po zarwanej nocy.
jedziemy nad rzeką Aras. po drugiej stronie już Iran, a tu... pustka, ruiny, bunkry i wieżyczki strażnicze. tej granicy pilnuje Armia Rosyjska, przecież to stara granicą imperium. granica ZSRR...
dojeżdżamy do miasta Goris, gdzie robimy sobie ucztę (przeżarliśmy się wszyscy tak masakrycznie, że szkoda gadać...) a potem, na spacerek „ku zdrowotności”, do armeńskiej Kapadocji. do jaskiń z V wieku, które dziś zajmują tylko krowy, a niegdyś służyły mieszkańcom za miejsce schronienia…
podczas tego spaceru pierwszy raz jadłem owoce morwy. jakież to dobre... 
jutro – bezlitosna pobudka i wyjazd o 8:00 do Górskiego Karabachu…ale to jutro… dziś jeszcze winko, albo zimne piwko i lulu… :)

dzień 21 – 1.08 GÓRSKI KARABACH

ciężko się wstawało...do 3 rano walczyłem z internetem a o 6:30 pobudka. cholercia... znowu prześpię część trasy, a towarzystwo się będzie ze mnie śmiało, że chrapaniem odstraszam dzikie krowy...
Goris 6:00. nawet kurka kawy nie można tu dostać o tej porze... :(
nic to. wstali, zjedli, pojechali i dojechali.
granica z Górskim Karabachem
potem już było tylko piękniej, ale też i straszniej...
Górski Karabach jest de facto i de jure bardziej prowincją Armenii niż państwem (Górskiego Karabachu nie uznaje żadne państwo na świecie - nawet Armenia), ale swoje zasady ma.
w tym wizowe.
ciekawostka polega na tym, że przekraczasz granicę, a potem dopiero jedziesz do stolicy po wizę (której możesz przecież nie dostać! przy okazji - nie wiem, jakoś nie spytałem Miłosza co się dzieje jak urzędnik nie da Ci wizy...)
poza tym to państwo, w którym na każdym kroku widać skutki walk między Azerami i Ormianami.
spalony wrak transportera a obok pomnik zabitych żołnierzy. pewnie ze 2 kilometry dalej leży wieżyczka podobnego (a może tego, tylko przeniesiona) transportera. też spalona.
przyjrzyjcie się uważnie...
w poprzek pięknej doliny rozmieszczone są kable uniemożliwiające lot szturmowy helikopterom...
ten konflikt między Azerami a Ormianami trwa - z przerwami - od 1905 roku. (historia konfliktu) a jednym z wielu tragicznych skutków jest ogromna ilość zabitych i przesiedlonych. zarówno Ormian i Azerów.
na porządku dziennym są opuszczone wsie, miasteczka i miasta.
szliśmy z Moniką przez jedną z takich wsi... sporych wsi. na kilkadziesiąt (szacuję, że może koło 60 - 80) domów, zamieszkałych zidentyfikowaliśmy 3. słownie: trzy. a bieda taka, że chyba nie widziałem jeszcze takiej...
tak czy inaczej, dojechaliśmy do stolicy. do Stepanakert. dostaliśmy wizy i pojechaliśmy dalej. 
wyjeżdżając, trafiliśmy na symbol Górskiego Karabachu (albo - inna nazwa - Artsakh). matkę i ojca Górenego Karabachu i wiele mówiące hasło... "we are our mountains" (my jesteśmy naszymi górami)
praktycznie tuż po wyjechaniu ze stolicy natknęliśmy się na Twierdzę Mayrawerd - musiałem chyba coś źle zapisać nazwę - nic nie ma na jej temat w internecie :( 
ciekawostką jest fakt, że droga prowadzi przez środek tejże twierdzy...
 
przejechaliśmy kolejny odcinek drogi i natrafiliśmy na pierwsze wyraźne ślady exodusu. wieś... zrujnowaną i w części (choć jeszcze nie tak przytłaczającej) opuszczoną.
 
 
 
ponieważ droga z Armenii i formalności zajęły nam sporo czasu, w napotkanym mieście Vank zatrzymaliśmy się na obiad.
i tu niespodzianka. mur wyłożony azerskimi tablicami rejestracyjnymi... nie wiem ile ich tam było. może nawet i tysiące...
po drugiej stronie ulicy mur był wykończony tak samo...
zjedliśmy i pojechaliśmy dalej. chcieliśmy dziś jeszcze dojechać do gorących źródeł (wszak tu, jak i w Armenii, najwięcej jest wulkanów, to i gorące źródła się musiały przydarzyć...), ale na drodze stanęły nam dwie przeciwności...
pierwsza przeszkoda, to Monastyr Gandzasar - cudo. pomimo deklaracji o kontestowaniu wszelkich monastyrów - złamałem się i... oniemiałem...
mimo, że jak na tamtejsze warunki, ten monastyr można powiedzieć pachnie jeszcze farbą (w końcu u nich XII wiek, to ledwo co po gwarancji), to obłędnie piękny i - znów - magicznie żywy... 
dużo zdjęć... wiem. ale to obłędny kościół...
 
 
 
 nie wiem czemu, ale bardzo dużo było gołębi...
i znów... żywy kościół...
Miłosz i Beata byli też zachwyceni
 
 
tu spotkaliśmy polską parę rowerzystów... o mój Boże.. po tych górach, w taki upał na rowerach? pełen szacunek...
drugą przeszkodą okazał się teren... na mapach była pokazana droga - skrót przez góry - prowadząca do naszych docelowych gorących źródeł, jednak w rzeczywistości okazało się, że droga się rozpadła. dosłownie...
 
tu Landek pojechał sam (znaczy tylko z Miłoszem). było na tyle ciężko i niepewnie, że Miłosz nie chciał ryzykować dodatkowego obciążenia auta.
 
 
widoki dalej obłędne...
no i biwak...
pobudka w takiej okolicy, to samo marzenie jest...
w związku z tym, nocowaliśmy (znów) na jakiejś przełęczy, na ponad 2.000 mnpm...


dzień 22 – 2.08 GÓRSKI KARABACH

dziś przed nami "zawrotka" - dalej się nie dało jechać... zabrakło jednego lub dwóch dobrze wyposażonych samochodów (dla bezpieczeństwa w razie "wpadki") - i tak, będąc 6-8 kilometrów od gorących źródeł, musieliśmy nadłożyć prawie 6 godzin drogi by do nich dotrzeć...
po drodze "trafiliśmy" na Monastyr Dadivank
i znowu cudo. i znowu żyje. i znowu jestem zauroczony.
nie zamieszczę tym razem zdjęć Miłosza (a przynajmniej nie tylko) - poczekam, aż Monika zgra z telefonu fotki i wtedy zawieszę... uwierzcie - warto poczekać ten dzień lu dwa...
 
zanim dojechaliśmy, spotkaliśmy 4 handlarzy dewocjonaliami (świece kościelne) i darami natury (orzechy laskowe). najstarszy miał może 6 lat a najmłodszy ze 3.
oczywiście, że dokonałem zakupów... potem zapłaciłem i uścisnąłem każdemu ze sprzedawców dłoń.
byłem tak samo dumny z transakcji jak i oni.
 
 
 
trafiliśmy na mszę... przez szacunek, nie włączałem flesza stąd zdjęcia takiej sobie jakości...
 
 
a potem już tylko droga... 
 
przejazd przez tunel 
przejazd dla mnie ciut traumatyczny... nie wyglądał ten tunel solidnie...
i już gorące źródła
 
 
wygoniły nas z tychże źródeł, po bardzo króciutkim postoju syf, brud i setki gzów... a żarły te bydlaki jak hipopotamy... 
a potem - co już stało się regułą na tej wyprawie z przygody 4x4 - było już tylko dziwniej, ciekawiej i straszniej... pojechaliśmy (piękną zresztą drogą) do opuszczonego uzdrowiska, z gorącymi źródłami. 
 
 
 
 
 
nocleg jak zwykle - w niepowtarzalnym otoczeniu...
 

dzień 23 – 3.08 GÓRSKI KARABACH

poranek. jeden wielki cud...
 
jak zwykle - o 6 pobudka (ja oczywiście... reszta leniuchów śpi...), kawka, książka i rosnący podziw dla dzieła - a właściwie to DZIEŁA STWORZYCIELA
jakaś nimfa wychynęła mi (dla jasności - koło 8 rano) z namiotu... :)
tym razem wygląda to na chybiony pomysł ekonomiczny czasów związku Radzieckiego, ale wrażenie i tak masakryczne...
 
to wszystko opuszczone, zdewastowane i rozszabrowane... na niektórych ścianach (choć nie tu co prawda) widziałem nawet próby skuwania tynku...
teraz czeka nas powrót... powrót do Gruzji, do Kutaisi. mamy tylko 2 dni na odlotu, więc trzeba zagęszczać ruchy...
wracamy przez zupełne inne przejście, żeby pomoczyć tyłki w armeńskim jeziorze Sewan (to jezioro zajmuje ok. 20% powierzchni Armenii), ale na tyle szybko, żeby nie przegapić samolotu...
po drodze mijamy opuszczoną wioskę Tzar - już o niej pisałem. to ta, w której naliczyliśmy z Moniką 3 zamieszkałe domy (przy czym właściwszym słowem byłoby nazwać je ruinami...)
 
 
wymarła wieś Tzar... ciarki nam łaziły po plecach...
potem kilka godzin jazdy, przejście graniczne do Armenii i jezioro Sewan
ciekawostką jest fakt, że to jezioro jest położone wyżej niż Kasprowy Wierch w Polsce... na ponad 1.950 mnpm.  
ponieważ - nie zapominajcie - wokoło wulkany, to i plaża wulkaniczna... czarny piasek (właściwie to nie piasek ale baaardzo drobniutkie kamyczki powulkaniczne)
 
potem jeszcze przystanek na gotowaną kukurydzę
i nocleg (nie wiem czy ze dwa kilometry po przekroczeniu granicy gruzińskiej)

dzień 24 – 4.08 GRUZJA

dziś jeden z moich momentów. jedna z tych chwil, w których nabiera treści mój projekt podróży śladami ekspansji człowieka i jego przodków hominidów... wizyta w Dmanisi.
to tu odkryto skamieniałości Homo erectus georgicus sprzed 1.8 miliona lat... to tu, na jednym z węzłów komunikacyjnych pomiędzy Azją a Europą, odkryto ślady nieprzerwanej praktycznie obecności najpierw człowiekowatych (hominidów) a potem i człowieka... tu stała twierdza, którą zdobył i zniszczył dopiero Tamerlan ze swoimi hordami... przecież to jedwabny szlak...
twierdza Dmanisi. 200, może 300 metrów od niej odnaleziono skamieniałości homo erectus georgicus
wejście na stanowisko archeologiczne
miejsce pochówku z epoki brązu
trwające prace archeologiczne
tu. to tu odnaleziono szczątki homo erectus georgicus. stanowisko jest tak obfite, że od lat '60 XX wieku, zbadano niecałe 2% jego zasobu i obszaru...
samo to miejsce wynagradza mi wszystko...
potem kolejne cudo. w samym środku niczego - świątynka.
a przy niej brukowana otoczakami droga - nie wiem, nie jestem historykiem, ale miałem wrażenie, że to po niej szły hordy Tamerlana...
GPS mówi, że to Didi-Gomareti, w Kvemo Kartli...
być może wyobraźnia mi poszalała, ale miałem wrażenie, że jedziemy śladami hord Tamerlana...
kolejna wioska na naszej drodze
 
a potem już wariacka i męcząca jazda do Kutaisi. nie mam z niej fotek. nie miałem już siły. upał 40 stopni w cieniu, mordercza, rozpieprzona droga i dojazd do Kutaisi o 19.
pożegnanie z Eldepo i rewelacyjnymi chinkali
ostatnie zakupy, pakowanie, kilka łyków zimnego piwa o północy (a temperatura powyżej 30 stopni), kilka godzin drzemki i lot do domu...

PODSUMOWANIE I UWAGI OGÓLNE:

organizatorzy – oceny mocno subiektywne ;)

Beata i Miłosz. a tu akurat, w tle jest Ararat...
Miłosz – geograf z wykształcenia, z zamiłowania podróżnik i off-road’owiec, speleolog, taternik, historyk, paralotniarz - chyba, że jak to ja, coś pokręciłem :).
złoty facet... charakter pełen sprzeczności, lekko apodyktyczny, lecz bardzo chętny do pomocy. wszelakiej.
odpowiedzialny organizator, trochę roztrzepaniec, ale mocno poukładany planista-logistyk, mechanik-czarodziej, niesamowicie ciekawy rozmówca o wielkiej wiedzy, ale trochę „Zosia-Samosia” - przywódca.
strasznie wkurzający (mnie) tym, że zdecydowanie za często miewa rację w dyskusji... :)
Beata – botanik (specjalistka od gatunków endemicznych - taki żarcik, zrozumiały dla nas i Beaty :)) z wykształcenia, podróżnik i off-road’owiec z pasji, grafik i malarka, talenciara do kompozycji filmowych i zdjęciowych... niesamowita łatwość nawiązywania kontaktów, przesympatyczna i świetna organizatorka – kierowniczka i po prostu bardzo dobry człowiek...
prowadzą razem wyprawy od Bałkanów po płw. Kolski od kilku lat, świetnie się uzupełniając. wspaniały i cudowny TEAM, miałem wrażenie (a teraz po całej wyprawie - pewność), że razem tak wspaniale się uzupełniają, że osiągają efekt synergii - że suma ich charakterów, zdolności, umiejętności i kompetencji, daje wartość znacznie większą niż matematyczne, proste 2+2=4…

Gruzini i Ormianie:
nie wiem jak to ująć... z jednej strony - przecudowni, otwarci, weseli, lubiący zabawę, nam polakom nieba by przychylili i oddali przysłowiowa ostatnią koszulę, ale historia pokazuje, że jest w nich jakieś drugie, a może i trzecie dno.
potrafią być mściwi, zażarci, zawzięci...

krajobrazy:
cuda. magia. nieskończone piękno...
Gruzja - piękna. trochę bardziej "uczesana" niż Armenia i Górski Karabach i boję się, że za 10-20 lat już nie będzie tej Gruzji, którą widzieliśmy w Swanetii, Kaszetii i tylu innych miejscach.
ale Armenia i Górski Karabach - wg naszych europejskich (chorych) standardów - to dzikość (nie mylić pod żadnym pozorem z dziczą!), nieujarzmienie, swoboda i nieskończoność piękna...

zwierzaki:
krowy, świnie, owce, drób, kozy i inna chudoba – żywioł nie przyczepiony do łańcuchów, szczęśliwy, mający wszystko w swoich dupskach, a przeszkadzający na drodze tak, że już bardziej nie można.
śpią na drogach, na mostach, w tunelach, na przystankach autobusowych - gdzie się tylko da.
psy - w dużej części w miasteczkach a we wsiach prawie wszystkie – mają obcięte uszy, praktycznie do „zera” i przycięte ogony. psy walczą z drapieżnikami broniąc owcy a w ten sposób pozbawia się ich tych części ciała, za które drapieżnik może psa uchwycić.
ten akurat ma średni ogon, ale uszu - już nie ma praktycznie...
zabytki:
w Gruzji, państwie o ponad 2000 latach historii, w tym 1700 lat jako państwa chrześcijańskiego, co rusz (w każdym praktycznie mieście minimum jedna sztuka) a to monastyr, a to katedra, a to kościół - a z drugiej strony: twierdze, warownie, zamki, umocnienia i inne założenia militarne.
dziesiątki ruin, ruinek – nie wiadomo przy których się zatrzymywać i co oglądać.
cudowne jest to, że wszystkie miejsca kultu, nawet te zrujnowane - żyją...

rozczarowania:
nie mogę się pogodzić z kilkoma rzeczami...
    1. restauracja zabytków. otóż większości nie restaurują. a szkoda przeogromna, bo piękne są i sięgające zarania chrystianizacji... z drugiej strony, jest w Gruzji, Armenii i Górskim Karabachu tego taka masa , że pewnie nie każde bogatsze państwo dało by radę udźwignąć taki koszt, tym bardziej, że tu nawet ruiny żyją...
    2. kawa. tu kurde nie ma kawy... :( a nawet ta parzona po turecku - tu się często mówi "wschodnia" - jest cieniutka jak bibułka i bez smaku... chyba ze dwa razy trafiliśmy na kawę, która nam smakowała.
    3. syf, brud i jedno wielkie śmieciowisko (mniej w Gruzji, ale w Armenii i Górskim Karabachu - na porządku dziennym). czasem aż się płakać chciało...
    4. drogi. analogicznie do kawy - asfalt, może z 10% jest w takiej jakości jaką możemy tolerować. tu samochód osobowy bez napędu 4x4 ma króciutki jak sądzę żywot (mimo to, radzieckie auta - takie "gniotsa nie łamiotsa" jakimś cudem dają radę...

       

      2015.07.11


      już jutro. wylatujemy już jutro. o 23:55 (lub "cóś kiele tego"). tym razem niestety sami bez Antoniego.
      tak czy inaczej, muszę Was prosić o cierpliwość - nie mam pojęcia jak będzie tam na miejscu z internetem (koszty, zasięg, etc.) i nie wiem, czy uda się regularnie zamieszczać relację z podróży.
      chciałbym bardzo, bo wiem że czekacie i czuję się Wam to winny.
      tak czy inaczej:
      1. zakupy porobione (przy okazji - zakupiłem sobie 4 pary grubaśnych skarpet z wełny merynosa. po 3 dniach od zakupu zadzwonił Miłosz-Organizator i pocieszył mnie informacją, że właśnie u nich termometry dobiły do 40 st.C. ... biorę jedną parę... a co, niech się przejedzie :) )
      2. pakowanie rozpoczęte. zakupiony plecak 80l i torba podróżna 120l (i posiadam nadzieję, że się pomieścimy :) ). dla pewności nabyty jeszcze duży bagaż podręczny "na waciki". wierzę, że nawet bardzo się starając nie przekroczymy 64 kilogramów bagażu :)
      3. zwierzyniec zadbany - będą na stałe opiekunowie (Cecylio i Macieju - dziękujemy)
      4. Sprzęt foto zapewniony - Śliwek, jak zwykle jesteś niezastąpiony... dziękuję Ci za "szkło" do mojego Nikona
      Podsumowując: siedzimy na torbach i nie możemy doczekać się pory wylotu. Monika coś grzebie na swojej "Parze Mieszanej", ja liczę baterie, czołówki, latarki zwykłe, noże, menażki, śpiwory, buty, bluzki, bluzy, spodnie i jedną parę grubych skarpet ;) i mam już typowy reisefieber...

      JA JUŻ CHCĘ TAM BYĆ!!! i oddychać Kaukazem, patrzyć, czuć, smakować.... i pisać do Was na blogu i na FB.
      nie zapomnimy. przy każdej okazji będziemy się odzywać.

      Czestnoje slowo.


      2015.05.13



       tam będziemy... :)

      powoli przygotowujemy się do wyjazdu - kolejny etap przygotowań do projektu 50+Afryka przed nami... :)
      a tym razem, z przesympatycznymi pasjonatami z "Przygody4x4.pl" wybieramy się w tym roku na 12 dni do Gruzji i 12 dni do Armenii.
      trasa Gruzja 2015 - LINK
      powyższy link pokazuje "pajączka" - to planowana trasa wyjazdu po Gruzji (niestety z powodu ograniczenia i braku danych, nie mogę pokazać drogi po Armenii - liczę na to, że równie pokręcona...
      :)
      już nie mogę się doczekać i najchętniej zacząłbym się już pakować... a wyzwania i atrakcje przed nami:
      • noclegi w namiotach, z tego trzy czy cztery w górach Kaukazu - a z planu wyjazdu wynika, że bodajże tylko cztery noce będą spędzone w hotelikach - zakładam, że wyłącznie w celu ochrony zmysłu powonienia u organizatorów, z którymi będziemy jechali w samochodzie... ;)
      • jedzenie biwakowe i lokalne (plan wyjazdu przewiduje wizyty w lokalnych "żarłodajniach") - no... (jak klasyk lat 6 mawiał: "koniecnie Ksystoff, koniecnie")...;
      • przejechane ponad 2000 kilometrów;
      • kąpiele w Morzu Czarnym; monastyry, przełęcze, parki narodowe, Kaukaz, prastare górskie auły, legendarne "kamienne wieże", skalne miasta

      na razie planujemy zakupy (ciekaw jestem Waszych opinii, więc zamieszczam linki do planowanych nabytków):
      Śpiwory "Extreme Anapurna" - śpiwory Husky
      Lampki czołowe - czołówki MacTronic
      Menażki - menażki ALB
      Kurtki - kurtki Marmot
      Buty - buty MEINDL

      jak możecie - poradźcie... na forach, co wypowiedź to deprecjonuje trzy poprzednie, a jakoś nie chce mi się wydawać 2.300 złotych na kurtkę (Mammut)

      pozdrawiam Was wszystkich serdecznie

      3 komentarze:

      1. Czytam, czytam , czytam...Gratuluję wyprawy i przygody... no i niestety zazdroszczę... , Zwiedziłam Azerbejdżan , a Gruzja miała być następnym krokiem. Póki co pozostało mi czytanie o Waszych wrażeniach...
        pozdrawiam i czekam na następne relacje....

        OdpowiedzUsuń
      2. jak już przyjedziesz do Gruzji, bardzo rozczarujesz się rzetelnością naszych opisów...
        nie da się opisać gwiazd, które tu, w Kazbegi, są o wyciągnięcie ręki...
        nie da się opisać smaku i zapachu powietrza w Svanetii, na kwietnych łąkach, gdzie Picasso mógłby składać swoją paletę barw,
        nie da się opisać twarzy rozmodlonej kobiety w najświętszym miejscu Gruzji, w Sveti Hoveli,
        nie da się..., nie da się..., nie da się..., nie da się..., po prostu się nie da...

        OdpowiedzUsuń
        Odpowiedzi
        1. popełniłem błąd, pokićkało mi się. nie byliśmy w Kazbegi tylko w Tuszetii.
          co nie zmienia faktu, że gwiazdy były nierzeczywiście piękne...

          Usuń