04 września, 2014

Frankfurt nad Menem


dojechaliśmy z samochodem na lawecie do Frankfurtu.
tu mieszkają dobrzy ludzie, którzy zgodzili się mnie na kilka dni przygarnąć, aż uda mi się dopełnić wszystkich formalności związanych z zameldowaniem, przeglądem techniczny, ubezpieczeniem i rejestracją samochodu.
Asiu, Wojtku - dziękuję Wam gorąco za poświęcony mi Wasz czas, udostępnienie mieszkania, Waszą bezinteresowność i pomoc w sprawach formalnych i urzędowych.

Frankfurt? dla mnie to miasto niespodzianka: niesamowity mix narodowści, ras, wyznań i - co dla mnie nowe i wspaniałe - kultur.
na ulicy (w okolicy Dworca Głównego) najrzadziej się widzi twarze stricte germańskie. Słowianie, Hindusi, Afrykańczycy, Persowie (jakoś daje się ich wyróżnić...), Arabowie, Romowie i co komu tylko przyjdzie do głowy.
w promieniu 500 m od Dworca, naliczyłem sklepy spożywcze i knajpki (no i główny kierunek moich zainteresowań się właśnie wydał...): tajskie, afgańskie (w tym jedna kabulska), malezyjskie, z Bali, afrykańską, koreańską, chińskie, japońskie, bośniacką, irlandzką, kilkanaście różnych arabskich (a wszystkie HALAL) a w jednym z większych sklepów z żywnością orientalna, nawet spory dział koszernej żywności...
jakżeż mi się podoba kraj, w którym restauracja "Sfinks" nie jest wyznacznikiem orientalnej kuchni...

natomiast formalności? z jednej strony - masakra... urzędy np. czynne (we środę) od 7:30 do 15:00 i żeby na łbie stanąć, nie da się nic załatwić po południu. jakiś inny świat. część urzędników/urzędniczek - do zagryzienia od razu. wszystko ma swoje tempo, swoją rangę, swoje reguły i procedury.
a z drugiej strony, proces zameldowania niżej podpisanego trwał całe 10 minut i potrzebne do tego były tylko dokumenty tożsamości meldowanego i meldującego. miasto niespodzianek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz