26 września, 2014

Chorwacja - podsumowanie

było pięknie i nieziemsko... to w skrócie telegraficznym :)


wyjazd 06.09, powrót 26.09 - w zespole:

moja Monika - logistyka, pilotaż i planowanie
nasz Antoni (lat 6 i jak go określałem w rozmowach z naszymi gospodarzami na Chorwacji: sweet little terrorist) - przeszkadzanie nam i podobijanie serc naszych gospodarzy oraz wszelakich sprzedawczyń, kelnerek i ekspedientek
i niżej podpisany krzyhco MAO's :) - marudzenie, narzekanie, zakwaterowanie i transport

przejechane 

4.514 kilometrów od wyjazdu z domu do powrotu do domu

trasa przebiegająca przez 7 państw: 

Czechy, Austria, Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Węgry, Słowacja

odwiedzone miasta - postoje dłuższe niż tylko na posiłek: 

Czechy: Mikulov
Chorwacja: Poreč, Trogir, Split, Stari Grad, Trpanj, Ston, Dubrovnik, Stanići, Omiš,
Bośnia i Hercegowina: Mostar
Węgry: Nagykanizsa, Budapest

najlepiej zapamiętane:

Mostar ze względu na jego historię, na ślady wojny, na cmentarze muzułmańskie, na zdjęcia zniszczonych meczetów, na ludzi którzy umieją cieszyć się życiem mimo wszystko i są tak zawstydzająco otwarci
Stari Grad ze względu na piękno, zabytki, winnice i gospodę w miasteczku Dol
Dubrovnik ze względu na muzykę na starówce i wąziutkie uliczki - max 3 metry - obwieszone kiściami i girlandami kwitnących, przeróżnych kwiatów oraz - co najbardziej nas uderzyło - wywieszone w poprzek tych uliczek sznury z suszącymi się różnokolorowymi ciuszkami i szmatkami
Split ze względu na Pałac Dioklecjana i mieszkających w nim ludzi
Ston ze względu na Stonkę, na widoki w mieście, na uliczki, przecudne ujecie wody pitnej i mury warowne
Adriatyk ze względu na to, że Chorwaci (jestem pewien na 100%) malują go codziennie na niebiesko :)))
chorwackie góry, palmy i skały ze względu na to, że są cudowne
chorwackie piekarnie i pieczywo ze względu na obłędny smak
chorwackie owoce morza ze względu - patrz powyżej
Budapest bo nas nie lubi

niezapomniane:

Stonka - nie wiem co o niej napisać. biała koteczka. była. cierpiała. a teraz już jest jej dobrze i nikt jej już nie skrzywdzi.

kłopoty:

poza kłopotami zdrowotnymi, i brakiem zielonej karty którą musieliśmy dokupić na granicy chorwacko - bośniackiej, tylko pogoda była przejściowym kłopotem.
deszcze:
z 20 dni wyjazdu, było aż 5 dni deszczowych (Chorwacja) i to fakt, któremu dziwili się sami Chorwaci. ponoć 2014 to najgorszy rok od wielu dziesięcioleci. mało słońca, dużo deszczu i chłodno (no... akurat na chłód nie mogłem narzekać, z czym się na pewno nie zgodzą ani Monika ani Antek...)
chłód:
ostatnie 3 dni dały nam popalić. to fakt. ale 6 stopni po południu (Plitvickie Jezera) i 4 stopnie rano (Budapest) może zdenerwować podczas letnich wakacji.
poza tym, tak naprawdę nie było kłopotów (i dzięki Bogu). granic praktycznie nie zauważaliśmy, policji też a to dzięki ostrzeżeniem Śliwka (Adaś: ponownie dziękuję) nie przekraczałem dozwolonych prędkości więcej niż o 5 km/h.
tym, którzy mnie znają: zaręczam słowem honoru, że się pilnowałem... :)))

niedogodności:

uwaga na kwatery:
trzeba uważać na gospodarzy w Chorwacji. pomimo ich serdeczności i ciepła jakie okazują, czasem opisy ich kwater (rezerwowaliśmy przez booking.com) różnią się nieco od rzeczywistości.
może się okazać, że mimo deklarowanej wanny dostanie się prysznic, zamiast widoku na morze może będzie jakikolwie widok, i zdecydowanie zalecamy sprawdzanie czy w Waszym pokoju jest WiFi (i jak działa).
my, w ponad 50% przypadków nie mieliśmy w pokoju internetu a w dwóch wypadkach nie było go nigdzie na terenie budynku - pomimo deklaracji właściciela.
w jednym wypadku ruter był uszkodzony a w drugim - właściciel miał wyczerpany limit na karcie. obydwa wypadki w Starim Gradzie.
przejazdy:
masakrycznie ustawione ograniczenia prędkości... na 500 metrach drogi, potrafi być do 6 znaków ograniczenia (tyle naliczyłem) ustawione jak się wydaje, po dużej dawce czegoś zakazanego... 30, 70, 50, 90, 50, 70...
na serpentynach ograniczenie do 70 a na prostej drodze, do.. 40. masakra...
gastronomia:
w niewielkich chorwackich miejscowościach (pewnie ze względu na okres poza sezonem wysokim), życie umiera po 18.
część knajpek się zamyka, tak samo jak sklepy, piekarnie zamyka się "na patyk" lecz poza tym, jedzenie boskie... pieczywo, ryby, owoce morza, jagnięcina, cevapci, cevapcici i cała reszta...

śmiechowe historie:

Budapeszt - historia 1: wjechaliśmy do miasta. byliśmy mocno głodni, więc chcąc zjeść coś lokalnego, postanowiliśmy pojechać na obrzeża miasta. pomyśleliśmy, że tam będzie bardziej węgiersko, bardziej oryginalnie i trochę taniej... :)
jedziemy zatem. nic nie rozumiem z tablic reklamowych i szyldów, więc szukam "wystających" stolików, parasoli, albo narysowanych kufli piwa.
i... dupa.
po przejechaniu 15 kilometrów doszliśmy do wniosku, że to jest miasto należące do samochodów.
na każdym kroku są salony samochodowe, warsztaty, firmy tuningowe, stacje benzynowe, myjnie, sklepy z częściami, komisy, etc...
co dziwne, napisy typu: tuning, used car, ford, citroen, albo z innej bajki: fitness, można było napisać w języku zrozumiałym dla przeciętnego europejczyka.
ale kto do qrwy nędzy liczy na to, że turysta się domyśli, że słowo Étterem znaczy Restauracja?!!
ja w każdym razie się nie domyśliłem. Monika i Antek też nie, w związku z czym pierwszy węgierski posiłek zjedliśmy w.. Burger King.

Budapeszt - historia 2: po zarezerwowaniu kwatery, rozlokowaniu się i wypakowaniu, poszliśmy coś zjeść. po sutym posiłku wracamy zatem do domu.
przy drzwiach - niemiłe rozczarowanie: nie możemy otworzyć drzwi do budynku (po przednio wpuszczała nas właścicielka za pomocą kodu do domofonu).
po kilkunastu próbach, jedyne wyjście - telefon do właścicielki i zjebka, że dała nam trefny klucz do drzwi od klatki. babka się gęsto tłumaczy, że nie, że na pewno ten, a mnie już szlag trafia gdy baba stwierdza, że może być najwcześniej za godzinę (a my z 6-cio latkiem, a godzina 21:30).
przy okazji napatoczyła się jakaś babinka, która domaga się od Moniki informacji w jakim języku my rozmawiamy... okazuje się, że to żona byłego węgierskiego ambasadora w Polsce i kobita świetnie zna polski. dogadujemy się, kobita nas wpuszcza (ona właśnie wychodzi z psem na spacer) i... okazuje się, że jesteśmy na nie swojej klatce...
wtopa...
ale cóż, zdarza się. spokojnie wychodzimy z nie swojej klatki, a tu znów Pani Ambasadorowa pełna zaniepokojenia co się stało (przecież musiała nas zobaczyć, nie?!) leci ratować świat - to znaczy nas w tym wypadku. wstyd się przyznać - nakłamaliśmy jej, że zapomnieliśmy czegoś w samochodzie i lecimy kurcgalopkiem do naszego "paska".
to znaczy ja lecę z Antonim, bo Monika postanowiła tego dnia pomylić wszystko co się da i zaczęła się szarpać z klamką jakiegoś bogu ducha winnego mercedesa.
dzięki Bogu, mercedes stał pusty i nie włączył się autoalarm, choć Monika szarpała się z nim dzielnie...

nawiasem mówiąc, nasza klatka została przez nas odkryta dopiero za 3-cim razem...

wywiezione i od czasu wyjazdu - smakowo utęsknione:

rakija - po ichniemu smokovica (tzn, zrobiona ze smokvy, czyli fig)... absolutna małmazja... a może się jej równać wyłącznie wino prosek...
prošek - słodkie wino, zrobione z podsuszanych winogron, leżakowane przez dłuższy czas niż zwykłe wina deserowe

pewnie z czasem jeszcze coś się przypomni - wtedy dopiszę... :)

a jak macie jakieś pytania, lub chcecie się czegoś dowiedzieć - piszcie. 

postaramy się odpowiedzieć.

2 komentarze:

  1. Chorwację uwielbiam niezmiennie od lat, ale o rakiji to ja mam zupełnie odmienne zdanie ...

    OdpowiedzUsuń